19-07-2017 » Powiat i region

Wodoloty z polską historią w tle

Czasy wodolotowego eldorado w Polsce już dawno przeminęły. Wielu z nas, jeszcze kiedyś, przed dwoma czy trzema dekadami, delektowało się widokiem niezwykłego statku, mknącego bardzo szybko po wodzie. Przede wszystkim na trasie Szczecin – Świnoujście. Jaka jest historia tego typu jednostki, którą nazwano wodolot? A jest ona na pewno ciekawa.

Dla przypomnienia, wodolot to jednostka pływająca charakteryzująca się zainstalowanymi pod kadłubem płatami nośnymi (działającymi podobnie jak skrzydło samolotu), które powodują wynurzanie się kadłuba z wody wraz ze wzrostem prędkości jednostki. Dzięki wynurzeniu kadłuba zmniejszeniu ulegają opory ruchu i wodolot może osiągać prędkości przekraczające 50 węzłów. Wodoloty znajdują zastosowanie zarówno w żegludze śródlądowej i przybrzeżnej, jak również marynarce wojennej.

Za pierwszego konstruktora wodolotu uważa się Włocha – Enrica Forlaniniego, który w 1906 roku zbudował tego typu jednostkę osiągającą prędkość 38 węzłów co daje około 70 km/h!

Pierwszym wodolotem, który wszedł do służby był HD-4 (Hydrodrome 4) autorstwa Alexandra Bella. Maszyna ta mogła rozpędzić się do 61,5 węzła.

Zaletą wodolotów jest wysoka prędkość, jaką są w stanie rozwinąć przy stosunkowo niewielkiej mocy silnikach. Wadą są poważne ograniczenia gabarytowe, wysokie zużycie paliwa i niewielka dzielność morska.

Najszybszym zbudowanym kiedykolwiek wojskowym wodolotem był radziecki Sokoł, który przy 465 tonach wyporności osiągał prędkość 60 węzłów. Wśród jednostek cywilnych największą prędkość (70 węzłów) osiągnęła jednostka zaprojektowana przez firmę Hydrofoils Incorporated.

Próby budowy wodolotów podejmowano także w Polsce, czego efektem była konstrukcja z 1966 roku, Zryw – 1, której konstruktorem był Lech Kobyliński (2 silniki o mocy 1200 KM miały pozwalać na rozwinięcie prędkości 70 km/h, 75 pasażerów, kadłub ze stopów lekkich).

Lata 1978 – 86 są okresem w którym Marynarka Wojenna przejęła od Żeglugi Gdańskiej i Szczecińskiej trzy wodoloty (służące wcześniej jako wodoloty turystyczne). Jednym z nich (a zarazem pierwszym) był wodolot „Wala”. Zbudowany on został w 1966 roku. Od 1978 roku wcielony został do armii i służył pod nazwą „ZEFIR”.

W 1984 od Żeglugi Gdańskiej PMW przejęła kolejny wodolot „Poświst”, Jego nowa nazwa brzmiała „ZODIAK”. Ostatnim z przejętych wodolotów był „Pogwizd” (rok bud. 1977), który pod taką samą nazwą służył od 1986r.

Historia wodolotów na ziemiach szczecińskich sięga również lat 60 – tych

Pierwszym statkiem, kursującym trasie ze Szczecina do Świnoujścia był wodolot „Zryw”. Pływał on niestety tylko dwa lata. Potem (tak jak w wyżej opisywanych przypadkach) przejęty został przez Marynarkę Wojenną (z ciekawostek dodać można że został on przerobiony na części).

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, do Polski zaczęły napływać radzieckie wodoloty. Pierwszym z nich była „Kometa 1”. Popłynęła ona znad Morza Czarnego rosyjskimi rzekami, aż do dzisiejszego Sankt Petersburga. Stamtąd odebrali go szczecinianie i przepłynęli z nim do samego Szczecina. „Kometa 1” nie była jedynym wodolotem pochodzenia radzieckiego, który przybył do Szczecina. W najlepszych czasach między Szczecinem a Świnoujściem pływało aż 15. jednostek.

Po upadku komunizmu w Polsce okazało się że biznes wodolotowy się nie opłaca. Mimo kilku prób uzdrowienia transportu wodolotów, ostatecznie zrezygnowano z tego typu atrakcji na ziemiach szczecińskich.

Ostatnie ze szczecińskich wodolotów, które sprzedano pod koniec lat 90., podobno wciąż pływają, wożąc turystów w rejonie Grecji.

Niejako ostatnim Mohikaninem wodolotowej historii na Ziemi Szczecińskiej, jest wodolot o nazwie „Bosman Express” (rok prod. 1992 z serii „Meteor” St. Petersburg), który trafił do Szczecina  z Holandii w 2007 r. I z nie małymi trudami (częste awarie), z dużą prędkością jeszcze stara się przemierzać Zalew Szczeciński w sezonie letnim, wzbudząc wśród turystów i wczasowiczów nie małe zainteresowanie. Niestety podróż na trasie Szczecin – Świnoujście i z powrotem nie należy do tanich, stąd wielu zaciekawionych rejsem odchodzi z przysłowiowym kwitkiem.

„Bosman Express” to około 35 metrowej długości jednostka, która może zabrać na pokład do 120 pasażerów.

Nieznana historia porwania wodolotu w 1970 roku. Świnoujskim wodolotem Kometa – 1 pewien Ślązak chciał uciec na Zachód (do Szwecji)

„Wybuch był tak silny, że wyrwał klapę podłogową do kabiny pilota. Pilot został wyrzucony na zewnątrz na przedni dach wodolotu. Z porywacza nie było co zbierać.” – wspomina dziś znany świnoujski fotograf Andrzej Ryfczyński tę tragiczną historię.

Żelazna kurtyna komunizmu zmuszała naszych rodaków do różnych sposobów wydostania się z Polski. Samoloty były („słynne”) porywane do Berlina na lotnisko Tempelhof. Incydenty były tak wielokrotne, że skrót Polskich Linii Lotniczych „Lot” tłumaczono jako – Linia Obsługująca Tempelhof. Z kolei do Szwecji uciekano pod naczepami TIR – ów. A latem 1970 roku mieliśmy tragiczny przypadek próby porwania świnoujskiego wodolotu Kometa – 1 przez mieszkańca ze Śląska.

Ponieważ częste porwania samolotów skojarzyły się pewnemu pracownikowi laboratorium na Śląsku z wolnością, pomyślał sobie by spróbować porwać ze Świnoujścia wodolot do Szwecji. W tym celu wyprodukował małą ilość nitrogliceryny, odpowiednio zapakował i udał się do Świnoujścia. Tutaj kupił bilet na wodolot do Szczecina.

Pilot i mechanik po wejściu do wodolotu zamykają według procedur, za sobą właz. Siedzący pilot po lewej stronie, właśnie znajdował się na tym włazie. Z kolei mechanik siedzący po prawej stronie nie miał włazu pod sobą. To ważny szczegół tej historii, ponieważ taka konstrukcja miała podstawowe znaczenie dla tej tragedii.

Porywacz nie wiedział, że nie można wejść do kabiny i że pilot siedzi na tym włazie. Próbował się dobijać. Coś krzyczał, ale trudno było to zrozumieć i trwało to krótko. Prawdopodobnie nitrogliceryna wyleciała Ślązakowi z ręki lub uderzył pojemniczkiem w drabinę… . Nastąpiła eksplozja.

Po wszystkim z porywacza nie było co zbierać, a w stoczni jeszcze dłuższy czas wypłukiwano z zakamarków jego szczątki. Silna eksplozja, na szczęście otworem wejściowym, dała upust niemal całej energii. Jednak wybuch był tak silny, że wyrwał klapę podłogową do kabiny pilota. Pilot został wyrzucony na zewnątrz przez małe okienko na przedni dach wodolotu i tam pozostał. Mechanik został w kabinie. Wszystko wydarzyło się na wysokości świnoujskiej stacji paliw dawnego CPN.

Oprac. Miwa/Źródło: http://www.mmswinoujscie.pl/artykuly/42513/

 

 

 

2 komentarzy na temat: Wodoloty z polską historią w tle

  1. Avatar Tutejszy pisze:

    “Dzięki” zakupowi i eksploatacji przez PP. Żegluga Szczecińska w 1968 r. wodolotu “Zryw”, pracownicy tej firmy zostali pozbawieni tzw. “trzynastki”. Ciągłe przerwy w jego eksploatacji i kosztowne remonty, poważnie naruszyły finanse firmy. A jak dawała sobie radę ze “Zryw”-em Marynarka Wojenna i do kiedy, historia milczy.

  2. Avatar Wiem pisze:

    Podróż kometą to olbrzymi hałas, ryk silnika. Co prawda podróż że Świnoujścia do Szczecina trwała mniej niż 60 minut, a statkiem białej floty 3 godziny, pociągiem niecałe 3 godziny, autem 2 godziny. Rekord wynosił nieco powyżej 45 minut, było to w 1976 r., trasa że Świnoujścia do Szczecina. Ale huk silników niezapomniany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *