22-02-2018 » Powiat i region

Śladami Pionierów Ziemi Golczewskiej – część 2

Gmina Golczewo, która wchodzi w skład Powiatu Kamieńskiego, liczy niespełna 6 tysięcy ludzi. Wśród tych wielu obywateli  żyją ludzie urodzeni jeszcze przed II wojną światową, których jako żywo, można nazwać Pionierami Ziemi Golczewskiej. Są to ludzie, którzy przybyli w te strony tuż po wojnie światowej. Wielu z n ich ma rozliczne wspomnienia. I lepsze i te gorsze, wręcz dramatyczne. Ale są do dziś i cieszą się, że żyją i mogą tutaj żyć.

Tylko ponad 90 – letnich osób żyje w Gminie Golczewo blisko 30 – tka. Niektóre z nich są już niestety schorowane, ale są też ludzie, którzy nader ochoczo opowiadają o swoim przeżytym życiu na tej dla nich kiedyś za młodu poznanej Ziemi. Swój los, swoje życie i dzieje, podzielili i dzielą z tą Ziemią. Na zawsze.

W jaki sposób się tutaj znaleźli? Jakim zobaczyli Golczewo (niegdyś krótko zwanym Goliszewo). I jak wyglądały okolice tuż po II wojnie światowej?

O tym i o dziejach kolejnych Pionierów tej Ziemi  w naszym nowym cyklu, który nazwaliśmy „Śladami Pionierów Ziemi Golczewskiej”.

 

Z Kresów Wschodnich poprzez Syberię do niewielkiego Kłodzina  – Niełatwe dzieje pani Ludwiki Sajan

Ludwika Sajan, z domu Koń, która jest najstarszą mieszkanką niewielkiego podgolczewskiego Kłodzina, urodziła się 9 lipca 1924 roku na Kresach Wschodnich, w maleńkich Bertnikach, Gmina Jezierzany, w powiecie Buczacz. Było to wówczas województwo tarnopolskie.

Jej rodzicami byli, Franciszek i Ewa. Miała sporo rodzeństwa, a w kolejności była trzecia. Jej rodzeństwo to: Bronisława (ur. 1918), Jan (1921), Stanisław (1927), oraz Adam (1930) i Józef (1933). Tak się stało, że dzisiejszego dnia dożyła tylko pani Ludwika.

Ojciec był piłsudczykiem pochodzącym z Niska na Ziemi Rzeszowskiej, zaś matka z Kurzyny Małej, również z rzeszowskiego.

Rodzice po I wojnie światowej wyjechali ze swych rodzinnych stron do Bertnik, gdzie kupili niewielki majątek rolny. Mieli 25 mórg ziemi i 5 mórg lasu. Dodajmy, że morga to dziś już historyczna jednostka powierzchni, początkowo oznaczała obszar, jaki jeden człowiek mógł zaorać lub skosić jednym zaprzęgiem w ciągu dnia roboczego (dokładnie: od rana do południa), a jej wielkość wynosiła na tamtych wschodnich terenach około 0,56 hektara. Rodzice zajmowali się przede wszystkim rolnictwem i potem wychowywaniem dzieci.

Pani Ludwika ukończyła przed II wojną światową siedem klas szkoły powszechnej w Monasterzyskach, położonych o około 4 km od jej rodzinnego domu.

Nadeszły trudne i nieobliczalne czasy wojny. Najpierw wrześniowa napaść Niemców na Polskę, niedługo potem zdradziecka Rosjan na nasz kraj. Jak wspomina pani Ludwika, czasy były to okropne, a na dodatek, pamiętnego nie tylko dla niej, 10 lutego w nocy, a był wówczas tęgi mróz i duży śnieg, przyszli ni stąd ni zowąd Rosjanie i kazali się niemal na prętce ubierać, wziąć co najważniejsze z domu, po czym, trafili na stację kolejową i rozpoczęła się katorżnicza wywózka na daleki Sybir. Po dwóch miesiącach spędzonych w bydlęcym, zimnym wagonie, dotarli do jakiejś osady, skąd szli pieszo przez śnieg i w wielkie mrozy około 100 km do Buluszkina w powiecie Szytkin, województwo Irkuck. Już wtedy była tam jej starsza siostra. Tu trafili do nieogrzewanych baraków.

W ciągu dnia, dostając nędzną miarkę jedzenia, a najczęściej lury zwanej „zupą” ugotowanej z brukwi, pracowali ciężko w lesie, wycinając ogromne drzewa. Przeżyli dwa lata w tych urągających i trudnych warunkach. W tym czasie wiele osób nie przetrwało tej gehenny z różnych powodów. Zwykle zagłodzenia, przepracowania czy zimna. A trzeba pamiętać, że temperatury spadały tutaj poniżej czterdziestej kreski poniżej zera! Jak wspomina, jej mama zmarła jeszcze w 1941 roku i przyszło jej się opiekować młodszym rodzeństwem, co w takich skrajnych warunkach było szalenie trudne.

Po dwóch latach jej rodzina trafiła do Sawchozu Sibiriak II w Tułuwimi. Tu ciężko pracując na roli musiała się w dalszym ciągu opiekować wraz ze starszym bratem, Janem, młodszym rodzeństwem.

Potem Jan trafił w 1943 roku do I Armii Wojska Polskiego. Walczył pod Lenino. Niestety zginął na wiosnę 1945, a dokładnie, 10 lutego tego roku, podczas zdobywania przez Rosjan i Polaków Wału Pomorskiego, a było to na polach pod Mirosławcem. Pochowany jest wraz z wieloma innymi bohaterskimi żołnierzami na Cmentarzu Wojskowym w Wałczu.

Po zakończeniu wojny, w 1946 roku trafili na tzw. Ziemie Odzyskane, do ówczesnego Goliszewa. Było to jak pamięta, w czerwcu tego roku. Koczowali na stacji w Goliszewie przez dwa tygodnie, mieszkając w zwykłych, transportowych wagonach, którymi tutaj dotarli. Zaczęło się gorączkowe szukanie swego nowego miejsca w nowym miejscu, szukanie pracy, mieszkania. Ostatecznie trafili do PGR – u w Kłodzine, gdzie wtedy pracowali też Niemcy i Niemki. Dostawali dary z UNR – y, które w dużej mierze pomogły im przeżyć ciężkie czasy.

Tu też jakiś czas opiekowała się młodszymi braćmi, którzy uczyli się w szkole podstawowej w Drzewicy, a potem w Kłębach. A potem poszli już na swoje.

Jak wspomina po tych wielu latach, ówczesne Golczewo (Goliszewo) nie było zbyt ładne, przyjazne czy zachęcające do życia tutaj. Powalone i popalone domy, wszędzie gruzy. Było szare, ponure i zniszczone. Wtedy mieszkało tu niewielu ludzi, ale z czasem przybywali kolejni, i kolejni.

Tu poznała swego przyszłego męża, Jana, wojskowego osadnika WP, z którym 17 maja 1948 roku wzięła ślub w Golczewie. Mąż był rolnikiem, ona zajmowała się obejściem i wychowywaniem dzieci. Mieli niewiele ziemi, około 2 hektary, ale jakoś dało się z niej wyżyć. Mąż pochodził spod Lwowa, ze wsi Zagórze. Jako żołnierz był ciężko ranny pod Lenino. Przeżył i trafił z bronią w ręku szczęśliwie aż do Odry i do zakończenia wojny.

Państwu Sajan urodziło się troje dzieci: Krystyna, Franciszek oraz Tadeusz. Ona sama od 1946 roku mieszka w Kłodzinie i jest jego najstarszą mieszkanką. Na zimowe okresy pod swoją popiekę bierze ją do Czarnogłowów troskliwa córka.

Pani Ludwika nigdy nie pracowała zawodowo, ale jak potwierdza i podkreśla, największą szkołą, była normalna szkoła życia. Musiała się dosłownie wszystkiego nauczyć. Gotować, prać, szyć, wychowywać dzieci, pomagała mężowi na roli. Obowiązków było co nie miara. I jak sama mówi, właśnie Syberia, a potem życie w szczęśliwej rodzinie, nauczyły ją bardzo wiele. Zwykłej pokory do i dla życia, pokory do i dla bliźniego. Cieszy ją, że po tylu strasznych chwilach, po niełatwym wojennym losie, jakoś po wojnie się wszystko unormowało, wykrystalizowało i nie żałuje niczego. Żale jej tylko, że nie ma już nikogo ze swego rodzeństwa.

„Mam już tyle lat. I szczęśliwa jestem, że dożyłam dzisiejszych czasów, które nie dane były mojemu rodzeństwu. Mimo, że mam tyle lat jakoś się trzymam, choć choróbska też mam. Ale się nie poddaję.” – mówi pani Ludwika.

Mirosław Iwaszczyszyn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *