Podsumowanie przygotowań Marka do 16. PKO Poznań Maraton – relacja Marka Szymańskiego…

Minęło kilkanaście dni od mojego debiutu na królewskim dystansie podczas 16. PKO Poznań Maraton, a zatem przyszedł czas podsumować przygotowania oraz start.
Sam nie wiem w jaki sposób pomysł o starcie na królewskim dystansie (42 kilometrów i 195 metrów) pojawił się w mojej głowie. Biegam od trzech lat, biorę udział w zawodach – sprawia mi to olbrzymią satysfakcję. Nie chwalę się super wynikami, bo ich nie mam, chwalę się startami, emocjami, łzami szczęścia – to daje mi największą radość. Uwielbiam tę adrenalinę.
Plany i przygotowania do pierwszego maratonu pojawiły się w grudniu 2014 roku. Od tego czasu to był mój kolejny życiowy cel, który postanowiłem zrealizować w bieżącym roku. Ostateczną decyzję o starcie w 16. PKO Poznań Maraton podjąłem wspólnie z Dominikiem – moim kuzynem w marcu br., kiedy to wspólnie wystartowaliśmy w „5 Pabianickim Półmaratonie”. Od tego momentu rozpoczęły się moje przygotowania do startu. Po drodze cztery dziesiątki, jedna piętnastka oraz trzy półmaratony.
Dodatkowo w maju magazyn dla biegaczy Runner’s World ogłosił zapisy do „Wyzwania Runner’s World 2015”, który polegał na przygotowaniu 50 – osobowej drużyny Runner’s World, przez 16 tygodni pod okiem trenerów do wielkiego finału jakim był start na królewskim dystansie w 16. PKO Poznań Maraton.
Wspólnie z Dominikiem podjęliśmy rękawice i zapisaliśmy się na wyzwanie. Niestety miałem mniej szczęścia i nie zostałem zakwalifikowany do szczęśliwej 50 – osobowej drużyny. Mimo to nie poddałem się i dalej realizowałem założony plan treningowy, który miał mnie przygotować do startu.
Zatem jak mi się udało wystartować w drużynie Runner’s World ?
Po prostu 25 sierpnia br. Dominik przekazał mi informację, że nie wystartuje ze mną w 16. PKO Poznań Maraton, tym samym zwolniło się miejsce w „Wyzwaniu Runner’s World 2015” i mogę go zastąpić. W sumie długo się nie zastanawiałem i podjąłem rękawicę. Od tego momentu moim osobistym trenerem został Kamil Poczwardowski, Medalista Mistrzostw Polski w Biegach Przełajowych i Biegu z Przeszkodami, uczestnik Mistrzostw Świata w Biegu Przełajowym i w Biegu Górskim, Trener LA.
Do tej pory zastanawiam się jak Kamilowi udało się mnie przygotować, tym bardziej, że mieliśmy tylko do dyspozycji 6 tygodni. Opisanie okresu przygotowań pod okiem Kamila zabrałoby bardzo dużo miejsca – nie raz mówiłem po długich 30 kilometrowych wybieganiach, że chcę zrezygnować, ale ocierałem pot (czasem pot i łzy) i robiłem znienawidzone treningi.
Po kilkunastu miesiącach przygotowań 11 października br. zostałem maratończykiem. Nie rywalizowałem z innymi, podjąłem najcięższą walkę – walkę ze sobą. Ale od początku … .
Do Poznania przybyliśmy o godzinie 13:11 w składzie: ja czyli Marek Szymański, Grzegorz Jamroziak, Grzegorz Stępniak oraz Tomasz Magalski. Reszta ekipy dołączyła do nas wieczorem.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do naszego obiektu noclegowego w celu odbioru kluczy do pokoi. Po chwili całą czwórką wyruszyliśmy na Międzynarodowe Targi Poznańskie, gdzie chłopaki odebrali swoje pakiety startowe. Mnie natomiast pozostało zwiedzenie 60 stoisk poświęconych bieganiu, ponieważ swój pakiet startowy mogłem odebrać dopiero o godzinie 17:00. Po dwugodzinnym spacerze po targach wróciliśmy do naszych pokoi, gdzie reszta kolegów odpoczywała, a przede mną była powtórna wyprawa na Międzynarodowe Targi Poznańskie w celu odbioru swojego pakietu startowego. Punktualnie o godzinie 17:00 w namiocie Runner’sa 50 – osobową grupę biegaczy przywitał Paweł Kempa Redaktor Runner’s World, który przedstawił cały sztab „Wyzwania Runner’s World 2015” oraz plan działania. Następnie wszyscy zgromadzeni odebrali swoje pakiety startowe i wzięli udział w Pasta Party.
Niedziela 7:00, pobudka – chyba nie muszę pisać, że śniadanie było ostatnią rzeczą, na którą miałem ochotę. Pakowanie, sprawdzanie pięćdziesiąty raz czy wszystko mam i jazda. Na godzinę przed startem byłem w namiocie Runner’sa, gdzie odbyła się odprawa, wspólna rozgrzewka, pamiątkowe zdjęcie całej drużyny. Następnie przemieściliśmy się na linię startu, ponieważ do startu zostało już parę minut i zawodnicy zaczynają ustawiać się przed bramką startową. Jak przystało na debiutanta królewskiego dystansu ustawiłem się pod koniec stawki, by nie blokować lepszych od siebie. W końcu moim założeniem i tak był zmieścić się w czasie 4 godziny i 45 minut. Ostatnie sekundy i rozpoczynamy odliczanie 10..9..8..7..6..5..4..3..2..1… Start z pistoletu ruszył powolną kolumnę. Nikomu się nie spieszy. Przed nami do pokonania 42 kilometry i 195 metrów. Po około 10 minutach mijam linię startu i pojawiają się pierwsze łzy, łzy szczęścia. Nie mogę uwierzyć, że rozpoczynam przygodę na królewskim dystansie.
Zimno, ale bez dramatu. W tłumie cieplej i nie czuć wiatru. Niby tłok, ale za linią startu zero spowolnień. Pierwsze kilometry biegnę wspólnie z Pacemakerem na 4 godziny i 45 minut. Jednak chwilę później zmieniam taktykę i przyśpieszam. Czego efektem jest dogonienie i wyprzedzenie Pacemakera na 4 godziny i 30 minut. Czuje się dobrze i wiem, że mam moc. Na trzecim kilometrze mijam INEA Stadion. Spojrzałem na ten przepiękny obiekt i pomyślałem, że już wkrótce będę biegł przez środek boiska. Na piątym kilometrze mijam pierwszą matę kontrolną z czasem 31 minut i 37 sekund (międzyczasy z punktów kontrolnych podaję zgodnie z pomiarem sts – timing). Gęba niemal ciągle uśmiechnięta. Co jakiś czas to samo co na starcie – w oczach pojawiają się łzy.
Na kolejnym punkcie kontrolnym, który był umiejscowiony na 10 kilometrze melduje się z czasem 01:02:42. Odwracam się do tyłu i stwierdzam, że Pacemaker biegnący na czas 4 godziny i 30 minut jest oddalony ode mnie o jakieś około 200 metrów. Czuję się świetnie, więc dalej biegnę ustalonym tempem. Gdzieś na 14 kilometrze zerkam na zegarek i stwierdzam, że mam zbyt wysoki puls (172). Źle wróży, ale cóż. Biegnę nie ma wyjścia. Co chwilę mijam kibiców, który wspierają biegaczy jak tylko się da. Garnki, krzyki, trąbki. Dzieciaki, dorośli. Młodzi i starzy. Dają kopa. Przez te 42 kilometry i 195 metrów wzruszam się wielokrotnie. Wielokrotnie lecą łzy. Miałem nadzieję, że taki będzie ten maraton. Mimo wysokiego tętna biegnie mi się dobrze. Uśmiech gości na mej twarzy. Jakieś drobne podbiegi, zbiegi. Jeden większy podbieg. Na 17 kilometrze zgodnie z zaleceniami trenera zażywam pierwszy żel energetyczny.
Mijają kolejne metry, kilometry, a ja czuje się rewelacyjnie. Wreszcie mijam tablicę z informacją, iż mam za sobą półmetek. W tym momencie sięgam do kieszeni po telefon i szybka wiadomość tekstowa do rodziny (jest dobrze mam za sobą połowę dystansu). Mijają kolejne metry, kilometry, a ja nadal czuje się bardzo dobrze. W głowie pojawiły mi się myśli, że jeśli utrzymam takie tempo to może być niezły czas w granicach 4 godzin i 30 minut. Tym bardziej, iż nad Pacemakerem biegnącym na czas 4 godziny i 30 minut nadal mam przewagę 200 metrów. Na macie oznaczającej 30 kilometrów melduje się z czasem 3 godzin 13 minut i 12 sekund. Zaczynam nowy rozdział w biegowej historii. Od tej chwili każdy krok będzie czymś nieznanym. To dotychczas najmniej przyjemna część trasy. Z racji remontu drogi wrzucono nas na jakąś asfaltową ścieżkę rowerową. Mimo to nadal czuje się rewelacyjnie i nic nie wskazuje na to co wydarzy się za 2 kilometry.
Niestety na 32 kilometrze dopadł mnie pierwszy lekki kryzys. Wtedy też postanowiłem, iż odcinek około 400 metrów przejdę szybkim chodem. Na 34 kilometrze tuż przed INEA Stadion mija mnie Pacemaker biegnący na 4:30.
Cóż spodziewałem się tego, że wcześniej czy później nastąpi to. Wbiegam na 37 kilometr i cieszę się jak dziecko bo mam przed sobą Stadion, na którym swoje spotkania ligowe rozgrywa obecny Mistrz Polski „Lech” Poznań. Z wysokości murawy obiekt ten robi wrażenia. Patrzę do góry i nie mogę uwierzyć, że trybuny są takie wysokie. Wybiegam ze stadionu i niestety dopada mnie tzw. ściana maratońska. Obracam się do tyłu i niestety widzę jak dogania mnie Pacemaker z balonikami z czasem 4 godziny 45 minut. Tuż przed punktem odżywiania mija mnie miły pan z moim czasem. W tym momencie w głowie pojawiają mi się myśli, że nawet nie uda mi się uzyskać zaplanowanego czasu. Coś jednak mówi mi, że dam radę. Wbiegam do punktu odżywiania. Dopadam się do punktu z izotonikiem, w ruch idą banany, jabłko, pomarańcz i ruszam dalej. O dziwo zaczynam gonitwę za moim balonikiem. Na kilometr przed metą przyklejam się do grupy biegnącej na czas 4 godziny 45 minut. Jestem wyprzedzany, chwilami wyprzedzam biegnących. Sporo osób idzie. Każdy chce dotrzeć tam, gdzie będzie mógł powiedzieć “Jestem maratończykiem”. Tak samo chcę i ja. Spoglądam na zegarem i widzę, że za mną 42 kilometry, a więc do mety zostało 195 metrów. Mijam bramę, pod którą zaczynałem swoją przygodę moim pierwszym maratonem. Po jakiś 50 metrach skręcam w prawo i widzę upragnioną metę. Już wiem, że za moment będę świętował pokonanie królewskiego dystansu. Linię mety mijam z czasem 4 godzin 44 minut i 11 sekund.
Jestem bardzo szczęśliwy. Od razu wyciągam z kieszeni telefon i wiadomością tekstową informuję najbliższych, że dotarłem do mety. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że nie otrzymałem medalu. Gdzie medal ? Człapie się i ryczę. Spożywam banany, izotoniki. Jednak nerwowo rozglądam się za moim medalem. Dopiero kolega informuje mnie, iż medale są do odbioru przy wyjściu ze strefy dla zawodników. Odbieram pamiątkowy medal i dumny z osiągniętego wyniku przemieszczam się do namiotu Runner’sa, gdzie wita mnie Paweł Kempa Redaktor Runner’s World. Szybki wywiad, kilka zdjęć i mogę położyć się na stole do masażu. Przesympatyczna Pani masażystka przystępuje do reanimacji moich mięśni, włókien i nie wiadomo czego jeszcze. Cała akcja trwa 40 minut. Szybko przebieram się, zjadam przygotowany przez Panią dietetyk makaron i pędzę do moim kompanów z Klubu Biegacza Kamień Pomorski, którzy wytrwale czekali na mnie ponad dwie godziny. Wszyscy cieszymy się, iż pokonaliśmy 16. PKO Poznań Maraton.
Szerszą relację z przygotowań oraz startu do Wyzwania Runner’s World 2015 będzie można przeczytać w grudniowym numerze czasopisma Runner’s World.

Marek Szymański – Kamień Pomorski „Klub Biegacza”

.

Jeden komentarz na temat: Podsumowanie przygotowań Marka do 16. PKO Poznań Maraton – relacja Marka Szymańskiego…

  1. Avatar marcjusz pisze:

    Dla mnie to był świetny bieg 🙂 PKO Poznań Maraton był świetnie przygotowany,a moja forma lepsza niż się spodziewałem 😉 Mam nadzieję że za rok będzie jeszcze lepiej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *