Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 3)

To nowy cykl, w którym przedstawiać będziemy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowic (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.
Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski.
W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.
Brzozdowce – niewielkie miasteczko liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków, Ukraińców, a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.
Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).
Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Edward Burlikowski – „Choć niewiele pamiętam z Brzozdowiec, to jednak mam do nich niekłamany sentyment. Tam moje i naszej rodziny są bowiem korzenie…”
Dziś blisko 78 – letni Edward Burlikowski urodził się 19 października 1938 roku w miejscowości Hrankikuty, nieopodal Brzozdowiec. Mieszkał w Brzozdowcach do czasu wyjazdu wraz z rodzicami: Janem i Anielą z domu Niedźwiedzka, oraz młodszym o 2 lata bratem, Michałem.
Rodzice prowadzili przed wojną niewielkie gospodarstwo, a cała rodzina mieszkała w murowanym domu, który jak się okazuje, stoi i jest zamieszkały do dnia dzisiejszego. Ojciec Pana Edwarda, Jan, był świetnym murarzem i pracował u swego szwagra. Był szanowanym robotnikiem, bo na robocie znał się jak mało kto. Burlikowskim nie żyło się źle. Jakoś wiązali koniec z końcem. Brzozdowce, w których mieszkało bardzo wielu Polaków, ale też nie mniej wielu Ukraińców oraz w mniejszej liczbie Żydów, jakoś żyli obok siebie mniej więcej w zgodzie. Częstokroć mieszali się poprzez małżeństwa, tak jak było to w przypadku dwóch ciotek pana Edwarda, które przed wojną wyszły za mąż za Ukraińców.
Jednak „nostalgia” i jakaś zgodność była okazuje się chwilowa. W 1941 roku przyszli z zachodu Niemcy, a sami Ukraińcy, mieszkańcy Brzozowiec, byli coraz bardziej wrogo nastawieni nie do swoich. Nie wiedzieć czemu, nie lubili Polaków, choć żyli obok siebie zapewne od pokoleń. Wrogość do naszych rodaków następowała dosłownie z każdym kwartałem kalendarza.
Pod koniec wojny, już kiedy do miasteczka weszli Rosjanie, jak przypomina sobie pan Edward, było też tak, że polskie rodziny trzy noce spędziły w kościele (dzieci i kobiety), a mężczyźni z bronią lub bez pilnowali kościoła, by nie przyszło jakieś licho. Czytaj wściekli Ukraińcy. Ci nie owijali niczego w bawełnę, doprowadzając nawet do śmierci wielu polskich brzozdowiaków.
W 1942 lub 1943 roku, Niemcy zabrali wraz z wieloma innymi i mężczyznami i kobietami ojca pana Edwarda (Jan) na roboty do Niemiec, gdzie pracował u bauera. Nikt z rodziny nie wiedział przez bardzo długi szmat czasu, gdzie ostatecznie jest i czy żyje.
Pod koniec działań wojennych wraz z 16. odważnymi i dzielnymi kompanami, pan Jan uciekł w zaplanowanej dużo wcześniej ucieczce, udając się przede wszystkim nocami, i kierując na wschód, w kierunku do swoich. Ale po jakimś niedługim czasie zgromadzone wcześniej zapasy żywności skończyły się, zostały tylko kostki cukru. Tak dla oszukania swoich żołądków.
Ostatecznie musieli się odkryć, ujawnić, a zrobili to przed radzieckim wojskiem. Sołdaci na początku nie bardzo wierzyli w to co opowiadali uciekinierzy. Ostatecznie dali się przekonać.
Pan Jan, podobnie jak kilku jego kolegów z ucieczki, po krótkiej namowie i po odpowiednim nie długim przeszkoleniu, został wcielony do radzieckiego wojska. Walczył gdzieś na dzisiejszych terenach Niemiec, ale dokładnie nie wiadomo, bo sam nie był skory po powrocie do wspomnień. Wrócił do rodzinnego domu, ku wielkiej radości stęsknionej i załamanej żony i synów, na początku września 1945 r.
Pan Edward chodził w 1945 r. miesiąc do miejscowej szkoły, ale jak widać, nie dane mu była tam dalej nauka. A związane było to z niebawem szybkim wyjazdem, o którym za chwilę.
A do tego między innymi przyczyniło się to, że w Brzozdowcach atmosfera była coraz bardziej napięta i gorąca, a to przede wszystkim dzięki buńczucznym, wojowniczo nastawionym i wręcz chamskim Ukraińcom, którzy nie chcieli widzieć w swojej miejscowości „obcych”, czyli Polaków, jak i innych nacji. Oj wrogo byli nastawieni do Polaków, którzy byli tą sytuacją wręcz zdezorientowani i zdegustowani. Bali się Ukraińców jak ognia, bo po tych wszystkiego można było się spodziewać. „To nie było do nich podobne, bo dużo wcześniej tak przewrotnie się nie zachowywali.” – mówili wówczas przestraszeni Polacy, ale jedynie szeptem.
Mieszkający w Brzozdowcach Franciszek Kot oraz Michał Ciura, zorganizowali wielki wyjazd Polaków tam mieszkających na Ziemie Odzyskane. Wędrówka rozpoczęła się z końcem września tego samego roku, w której brał udział m. in. ks. Kaspruk. Pielgrzymi zabrali ze sobą z kościoła Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej. Najpierw dotarli do Chodorowa, gdzie tydzień koczowali czekając na jakiś transport. Po ponad dwóch miesiącach tułaczki obraz dotarł wraz nimi tuż przed świętami Bożego Narodzenia do niewielkiego Golczewa, wówczas Goliszewa. Tu też pielgrzymi z kresów mieli Wigilię i święta Bożego Narodzenia.
W Golczewie wielka grupa brzozdowiaków rozpoczęła na własną rękę szukanie – kierując się w różne kierunki, mieszkań czy domów, bo tych było sporo opuszczonych przez uciekających wcześniej niemieckich cywilów. Wielu udało się wraz ze wspomnianym Obrazem do niewielkiego Trzebieszewa, nieopodal Kamienia Pomorskiego. Kilkoro z nich mieszka tutaj do dnia dzisiejszego i w okolicznych miejscowościach.
Najpierw zamieszkali w domu przy szkole, ale po niedługim czasie pan Jan poszedł do władz gminy, które mieściły się w dzisiejszej plebani, z prośba o pomoc w znalezieniu jakiegoś wolnego domu dla jego rodziny. Ostatecznie znaleźli się w tym w którym mieszkają do dziś. Przy „najważniejszej” krzyżówce drogowej we wsi.
Ojciec pana Edwarda od końca wojny zaczął chorować, więc jemu przyszło pomagać na gospodarce, jednocześnie chodząc do miejscowej, trzebieszewskiej szkoły, którą oczywiście po pewnym czasie ukończył. Doskonale pamięta swego nauczyciela, pana Tadeusza Granata, od którego nauczył się nie tylko pisać i czytać, ale po prostu życia.
Nie dane mu jednak było dalsze kształcenie, gdyż musiał zajmować się gospodarstwem rodziców, tym bardziej, że w kwietniu 1951 roku ojciec pana Edwarda odszedł na wieczność.
Związany z rolą harował ciężko nie zaznając młodzieńczych przyjemności. „Na nic nie miałem czasu, bo robota goniła robotę. Koleżeństwo było gdzieś na boku. Ot, z przypadku. Od czasu do czasu jakaś potańcówka. To wszystko.” – wspomina pan Edward.
We wsi tuż po wojnie, mieszkało sporo Niemców – cywilów, którzy wyjechali do mniej więcej przełomu lat 1946 – 47.
W październiku 1959 roku trafił do wojska do Szczecina, ale we wrześniu następnego roku został ze służby zwolniony z racji tej, że był ważnym rodzinnym ogniwem w pomocy w pracach na gospodarstwie rodziców.
Ale takie raczej monotonne, ale nie łatwe życie pana Edwarda trwało do mniej więcej drugiej części roku 1964, kiedy poznał podczas jakiejś banalnej potańcówki swoją przyszłą żonę, Janinę, która w tym samym roku przyjechała do pobliskiego Grębowa wraz z rodziną, z lubelskiego. Sprawy miłosne potoczyły się iście ekspresowo i 19 kwietnia następnego roku już wzięli ślub.
Pan Edward w tamtych czasach, pełen sił i werwy, „ciągnął” pracę na roli i ponad 19 lat spędził na pracach w firmie melioracyjnej z siedzibą w Kamieniu Pomorskim (skrót PKUM).
Od osiemnastego roku życia był czynnym członkiem miejscowej OSP, począwszy od strażaka, poprzez mechanika motopompy, a skończywszy na 15 – letnim „naczelnikowaniu” oraz na byciu prezesem OSP w Trzebieszewie przez okrągłe dziesięć lat. Nic więc dziwnego, że także jego syn jak i wnuki działają czynnie w szeregach OSP (Trzebieszewo i Jarszewo).
Dziś pan Edward wraz z żoną Janiną po oddaniu swoich hektarów córkom, prowadzą spokojny, miarowy, emerycki tryb życia. Oboje niestety podupadli na zdrowiu, chorują. „Raz czujemy się lepiej, innym razem gorzej. Ale my zwykle pogodni, nie poddajemy się i każdy dzień przyjmujemy z uśmiechem. Bo to przecież ma się jedno życie” – mówią, śmiejąc się przekornie.
Ci znakomici Państwo z ponad 50 – letnim stażem małżeńskim (obije mówią: jak ten czas szybko leci!), mają trójkę dorosłych dzieci: syna Mirosława (ur. 1966), który mieszka w Jarszewie, oraz córki Jolantę (ur. 1969 r.) i Joannę (ur. 1976 r.), które mieszkają w Trzebieszewie. Obie są obecne u rodziców dosłownie dzień w dzień. Syn odwiedza ich na tyle często, na ile jest to możliwe. Ale dziadkowie też mają komórki, więc kontakt choćby głosowy, jest dosłownie na co dzień.
Państwo Burlikowcy doczekali się dziewięcioro wnucząt, z których są bardzo dumni. „Cieszymy się z tego, że ponad pół wieku temu udało nam się stworzyć rodzinę, rodzinę kochającą się nawzajem, bo to też naszym dzieciom wpajaliśmy od najmłodszych lat. Wszyscy są kochani i co ważne, są szanowani także przez innych. To nasza wielka duma.” – z łezką w oku przyznają pani Janina i pan Edward.
„Sam urodziłem się tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Początków jej więc nie mogę pamiętać. Ale rodzice dużo nam mówili, opowiadali, wspominali, a my to razem z bratem wszystko utrwalaliśmy sobie w głowach i układaliśmy z tym, co udało nam się z tamtego okresu zapamiętać. Czasy to były naprawdę straszne rzeczy, lecz my jako dzieci nieco inaczej spoglądaliśmy na wojnę. Ale z perspektywy czasu wielki szacunek oddaję moim rodzicom, którzy nas chronili, bronili i doprowadzili do tego, że wyszliśmy z bratem na przysłowiowych ludzi.” – przyznaje na zakończenie rozmowy pan Edward, który potwierdza, że podupadł na zdrowiu. Najgorzej jak mówi, jest z jego nogami, a tak to byłoby całkiem, całkiem. On sam się nie poddaje, bo tkwi w nim chęć do życia i to że ma dla kogo żyć.
Miwa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *