13-01-2018 » Powiat i region

Wtedy „Jan Heweliusz” nie dopłynął do Ystad – 25. rocznica tragicznej katastrofy

W nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku, u wybrzeży niemieckiej wyspy Rugia doszło do największej katastrofy morskiej po wojnie z udziałem polskiej jednostki. Wówczas zatonął polski prom kolejowo – samochodowo typu ro – ro MF „Jan Heweliusz” (armator, szczecińska „Euroafrica”), zbudowany w 1977 roku w Norwegii, a stało się to podczas kolejnego rejsu ze Świnoujścia do Ystad, w czasie niespotykanie silnego sztormu mającego siłę ponad 12 stopni w skali Beauforta. Na pokładzie znajdowały się 64. osoby. W katastrofie zginęło 55 osób – 20 marynarzy i 35 pasażerów. Uratowano jedynie 9 marynarzy.

Przechył rozpoczął się około godz. 4:10. O godzinie 4:36 ów przechył wzrósł do aż 35° i wtenczas doszło do odpadania ładunków od pokładów. Ostatecznie prom obrócił się do góry dnem o godz. 5:12. Katastrofa pochłonęła życie 55 ludzi, a tylko dziewięć osób zdołano uratować w skrajnie trudnych warunkach.

Jak opowiadał potem jeden z marynarzy z promu MF „Nieborów”: „tej nocy niebo chciało się połączyć z morzem. 6 – metrowe fale, wicher dmący z prędkością 180 km/h oraz pył wodny powstający poprzez zrywanie grzbietów fal przez wiatr, pędziły na dziób jego statku, ograniczając widoczność do kilku metrów.”

Na bliźniaczym promie „Heweliusza” – „Mikołaju Koperniku”, na przyrządzie do pomiaru siły wiatru wtedy skończyła się skala! A mimo to, wszystkie promy wyszły tej nocy w morze, bo ruch był olbrzymi, a następne ciężarówki już czekały na świnoujskim nabrzeżu na przeprawę do Szwecji.

Ze względu na silny wiatr boczny wbrew zaleceniom, załoga uruchomiła system kompensacji przechyłu. System ten przeznaczony jest do wyrównania obciążenia ładunkiem, i przed wyjściem w morze powinien był być dezaktywowany, gdyż nie jest w stanie z wyprzedzeniem reagować na nagłe zmiany przechyłu statku.

W wyniku chwilowego zmniejszenia naporu wiatru prom zmienił kurs, przez co wiatr zamiast działać na zabalastowaną burtę, działał na przeciwległą i dwie dotychczas równoważące się siły zostały zsumowane. Około godziny czwartej potężny huragan uderzył w burtę statku, po czym prom powoli zaczął się przechylać na burtę. Po tym jak mocowania się pozrywały i ciężarówki zaczęły się przemieszczać po pokładach i rozsypywać ładunki, nie było już dla jednostki ratunku. Ostateczni o godzinie 5:12 prom przewrócił się do góry dnem.

„Jan Heweliusz” wyszedł ze Świnoujścia w morze pięć minut po północy – 14 stycznia 1993 roku, z 2 – godzinnym opóźnieniem ze względu na remont furty rufowej. Pięć minut wcześniej port opuszczał prom MF „Silesia” z PŻB. Został on zaraz po minięciu pław na torze wodnym na podejściu do Świnoujścia wyprzedzony przez feralny prom, który z pełną prędkością skierował się do Ystad, aby nadrobić opóźnienie.

W tej tragicznej katastrofie zginęło 55 osób – 20 marynarzy promu i 35 pasażerów; uratowano 9 marynarzy. Liczba nieodnalezionych ciał według różnych źródeł waha się od 6 do10. Według najszerszej listy pośród załogi na liście zaginionych figurują stewardesa oraz IV mechanik z promu, zaś pośród kierowców ciężarówek obywatele Polski, Szwecji oraz Węgier. Większość spośród 35 pasażerów na pokładzie stanowili kierowcy TIR – ów pochodzących z Polski, Szwecji, Węgier, Jugosławii, Austrii, Czech i Norwegii.

Mimo, że większość osób znajdujących się na pokładzie przeżyła katastrofę, część z nich zginęła w wodzie z zimna, potęgowanego przez silny wiatr i wysokie fale zalewające wnętrza tratw (woda miała temperaturę 2 stopni Celsjusza). Do tego większość zaskoczonych sytuacją pasażerów była tylko w piżamach. Członkowie załogi posiadali specjalne ocieplane skafandry ratunkowe, ale nie wszyscy zdołali je zabrać z kajut. Niestety dodatkowe ofiary zostały spowodowane przez karygodne błędy służb ratowniczych.

Prom przewoził 28. TIR – ów załadowanych m.in. papierem, meblami, magazynami erotycznymi, krzewami, plazmą krwi, cebulą, pustymi butelkami szklanymi, naczyniami, stalą, aluminium, szkłem, paletami, konserwami, odzieżą i ziarnem słonecznikowym.

Ostatnim kapitanem statku był Andrzej Ułasiewicz, który zginął w czasie katastrofy. Prom „Jan Heweliusz” jest pierwszym polskim promem pełnomorskim, utraconym w katastrofie oraz jedyną w całej historii Polskiej Marynarki Handlowej utraconą jednostką morską, na której zginęli wszyscy pasażerowie.

Prom nie był mistrzowską konstrukcją sztuki szkutniczej. Już od samego początku od kiedy zawitał na morza,  miał problemy ze statecznością i niedoskonałym systemem równowagi balastowej. W sumie pechowy prom miał przed zatonięciem aż 28 wypadków. Przechylał się na pełnym morzu, dwukrotnie przewracał się w porcie, zderzał z kutrami rybackimi, miał awarię silnika, a we wrześniu roku 1986 roku wybuchł na nim pożar. Wtedy prom płynął ze Świnoujścia do Ystad z 33 marynarzami, 6 pasażerami, 26 wagonami kolejowymi i 6 – ma TIR – ami. Na szczęście w tamtym wypadku obeszło się bez ofiar.

W czasie tego rejsu w agregacie jednej z naczep – chłodni ciężarówek zaparkowanych na wyższym pokładzie samochodowym (prom miał dwa pokłady – wyższy – samochodowy i niższy – kolejowy) doszło do zwarcia i wybuchł pożar. Ciężarówka spłonęła, ogień przeniósł się na nadbudówki.

Armator promu, gdyńskie Polskie Linie Oceaniczne (PLO), wykonał potem remont w stoczni w Hamburgu i zalano wówczas spalony pokład 60 tonami betonu. Potem stwierdzono, że ta nielegalna wylewka betonu przeciążyła prom o 115 ton i powiększyła tym samym problemy z jego statecznością, którą miał już od pierwszego swego rejsu ze względu na wadliwie zbudowaną nadbudówkę oraz wadliwy system balastowy.

Miwa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *