Trzebieszów 1945 rok – wspomnienia o Trzebieszewie Henryka Śliwy

Henryk Śliwa urodził się w 1934 roku we Lwowie. Swoje dzieciństwo spędził na kresach wschodnich. Był świadkiem toczonej tam wojny, przymusowego wysiedlenia z Kresów Wschodnich do Polski na tereny dopiero co wyzwolonych ziem zachodnich. W sierpniu 1945 roku trafił do Trzebieszewa niewielkiej miejscowości położonej koło Kamienia Pomorskiego. Ukończył Technikum samochodowe w Stargardzie i Studium Pedagogiczne w Szczecinie. Był wieloletnim nauczycielem w Szkole Mechanizacji Rolnictwa w Stargardzie. Obecnie Jest emerytowanym nauczycielem zawodu, po 27 lat w tej samej szkole. Żonaty, dwóch synów, pięciu wnuków. W bliższej i dalszej rodzinie zawód nauczyciela piastuje 14 osób.

Urodził się we Lwowie, ale okres wojny przebywał u dziadków na wsi wołyńskiej. Od Lwowa na wschód 100 km.  Przez całe swoje życie  tęsknił  za tamtymi stronami, za beztroskim tam spędzonym dzieciństwem, za serdecznością tam żyjących ludzi.

Te tęsknoty przelał na papier opisując swoje dzieciństwo w książce ” Wieś mego dzieciństwa”.  W książce Trzebieszewo 1945  opisał swoje wspomnienia z pierwszych lat przybycia na Ziemie Zachodnie. Za zgodą autora oraz przy pomocy rodziny Pana Henryka na łamach naszej gazety Nowy Pomorzanin oraz portalu Echo Powiatu Kamieńskiego publikujemy w odcinkach obie książki, zaczynając od  „Trzebieszeszów 1945”. Życzymy Państwu miłej lektury.

W.T.

„Trzebieszów 1945”

Wstęp    

Moje wspomnienia z pierwszych lat przybycia na Ziemie Zachodnie.

Nie spotkałem sie jak dotąd z kroniką lub zapisem tych pierwszych lat pobytu i działalności ludności, która była tu osiedlana z nakazu władzy. Uważam, że warto by młode pokolenie, które urodziło się tu w Trzebieszewie  wiedziało jak przeżywali przymusowe rozstanie się ze swoja Ojczyzną i z jakimi problemami i trudnościami borykali się ich przodkowie na obcym  dla nich miejscu. Dla tych co przybyli tu ze swojej dawnej Ojczyzny, z zacisznych glinianych chałupin, z wąskich polnych dróżek, z malowniczych dolin i pagórków, zostali tu murowane domy, brukowane drogi, wiele różnych nieznanych im maszyn, elektryczność. Zmiana ta na lepsze, w tamtym latach, nigdy nie była uznana przez przymusowo wysiedlonych z  swojej ojczyzny za rekompensatę za trudy wojny, z a tułaczkę i nigdy się z tym nie pogodzili do końca swych dni, a ci co jeszcze żyją dalej tęsknią za rodzimymi stronami za tamtym światem.

Chociaż nadzieja na powrót, wciąż jeszcze sie tli Rodowici trzebieszowianie mają już swoją Ojczyznę tutejsza i może nie bardzo będą rozumieli tamten czas.

Henryk Śliwa Stargard 2016 r.

Wspomnienia przesiedleńca

Po zakończeniu drugiej wojny  światowej zostaliśmy przymusowo wysiedleni z Kresów Wschodnich na Ziemie Odzyskane. Ostatni odcinek drogi transportem kołowym zakończyliśmy w Golczewie. W tamtym okresie miejscowość ta nazywała się Goliszewo.

Dalej do Kamienia Pomorskiego, a później do Trzebieszowa, (tak wtedy się nazywała ta wieś), przeszliśmy na piechotę. Ja wówczas miałem 11 lat. W tej części Polski kolej, a właściwie tory kolejowe były ograbione przez Rosjan a szyny zostały wywiezione do ZSRR, ślady po tym wandaliźmie pozostały do dzisiaj.

Władze wojskowe stworzyły dla osadników wojskowych kilka rejonów w powiecie kamieńskim, gryfickim i trzebiatowskim na zasiedlenie ich przez wojskowych wracających z frontu żołnierzy. Jednym z takich rejonów – wsią był właśnie Trzebieszów. Rodzina moja jako, że mój ojciec zginął na wojnie była zaliczona do osadników wojskowych i korzystaliśmy z przywilejów jakie nam przysługiwały. Dostaliśmy przydział na zajęcie i zagospodarowanie zabudowań pod wskazanym numerem, był to dom gdzie po drugiej stronie drogi była kuźnia. Droga z Kamienia Pomorskiego do  Trzebieszowa w kierunku na Gryfice była asfaltowa, ale tylko do połowy swej szerokości, druga cześć była tak zwana latówka, droga polna. Latówka była przeznaczona do jazdy zaprzęgami konnymi, a cześć utwardzona była przeznaczona dla samochodów. Po około trzech kilometrach od Kamienia za domkiem dróżnika droga skręcała w lewo i zaczynała się droga brukowana. Nie był to typowy bruk z bazaltu łupanego, ale z kamieni polnych o różnych wielkościach. Jazda po takich prawdziwych kocich łbach wozem o drewnianych kołach była bardzo nieprzyjemna, ale lepsza niż po kałużach i wybojach. Przy tej drodze brukowanej od strony łąk była  ścieżka  udeptana przez pieszych i rowerzystów. Chodzono nią i jeżdżono rowerami do Kamienia bo nie było żadnego innego środka lokomocji.

Dopiero w latach sześćdziesiątych zakryto ten bruk asfaltem. Tą drogą doszliśmy do Małej Wsi, dzisiaj Borucina. Przed rzeczką Niemicą po lewej stronie stał duży budynek, rodzaj spichlerza, a za drugą odnogą za mostem dwupiętrowy młyn.  Jak się później okazało ten młyn był na chodzie. Brak gospodarza i młynarza był powodem, że ludzie szybko go zdewastowali: urządzenia, maszyny i wreszcie sam budynek. Dzisiaj nic już po nim nie zostało.  Za nim minęliśmy jeszcze dwa zabudowania i skręciliśmy w lewo w ścieżkę, która chodziło się na skróty przez pola pieszo. Ta ścieżką przez pola doszliśmy do celu. Dzisiaj już tej ścieżki nie ma, nikt jej nie udeptuje, bo nikt nie chodzi na skróty do Kamienia pieszo. . Kiedy dotarliśmy do wsi kilka gospodarstw we wsi były juz zasiedlone. Ich mieszkańcami byli frontowi żołnierze zwolnieni do  cywila. Największe gospodarstwo tak zwany majątek, największe budynki gospodarcze  we wsi były pod zarządem żołnierzy z jakiejś nie znanej mi jednostki wojskowej. Plutonowy już cywil, Pan Uryszek zajął to ostatnie gospodarstwo na końcu wsi po prawej stronie drogi w kierunku Chrząstowa. Kapral Leon Bajda gospodarstwo z kuźnią obok majątku. Po sąsiedzku osiedlił się wracający z przymusowych prac w Niemczech pan Jurga Walenty z żoną. Gospodarstwo obok sali widowiskowej w środku wsi zajął kapral Stężalski. Sierżant Dzidziora obrał sobie gospodarstwo na wzgórzu przy drodze na Świniec na tej posesji stał w bardzo dobrym stanie, murowany wiatrak, czynny, wiatrak ten miał cztery ogromne skrzydła. Dzisiaj zostały po nim tylko fundamenty. Gospodarstwo, które sąsiadowało z boiskiem szkoły należało do Szczęsnego Wawrzynca. Był on pierwszym sołtysem Trzebieszewa.

Ciąg dalszy nastąpi.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *