04-02-2018 » Golczewo, Powiat i region

Śladami Pionierów Ziemi Kamieńskiej – część 1

Gmina Golczewo, która wchodzi w skład Powiatu Kamieńskiego, liczy niespełna 6 tysięcy ludzi. Wśród tych wielu obywateli  żyją ludzie urodzeni jeszcze przed II wojną światową, których jako żywo, można nazwać Pionierami Ziemi Golczewskiej. Są to ludzie, którzy przybyli w te strony tuż po wojnie światowej. Wielu z n ich ma rozliczne wspomnienia. I lepsze i te gorsze, wręcz dramatyczne. Ale są do dziś i cieszą się, że żyją i mogą tutaj żyć.

Tylko ponad 90 – letnich osób żyje w Gminie Golczewo blisko 30 – tka. Niektóre z nich są już niestety schorowane, ale są też ludzie, którzy nader ochoczo opowiadają o swoim przeżytym życiu na tej dla nich kiedyś za młodu poznanej Ziemi. Swój los, swoje życie i dzieje, podzielili i dzielą z tą Ziemią. Na zawsze.

W jaki sposób się tutaj znaleźli? Jakim zobaczyli Golczewo (niegdyś krótko zwanym Goliszewo) i jak wyglądały okolice tuż po wojnie światowej?

O tym i o dziejach kolejny Pionierów tej Ziemi  w naszym nowym cyklu, który nazwaliśmy „Śladami Pionierów Ziemi Golczewskiej”.

 

Z malutkich Żytnowic poprzez Wostentin (Ościęcin), do Golczewa (Goliszewa) – Niełatwe losy Anny Nabiałek

Pani Anna Nabiałek, z domu Kozicz, urodziła się 12 lutego 1924 roku w niewielkich Żytnowicach, nieopodal Pińska (dziś jest to Ziemia białoruska), stolicy ówczesnego powiatu i zarazem miejscowości leżącej w granicach ówczesnego województwa poleskiego. Jej rodzicami byli Gabriel i Maria, którzy przed wojną światową zajmowali się swoim niewielkim gospodarstwem. Ono dawało im skromne utrzymanie i jako taką egzystencję.

Pani Anna straciła ojca w następstwie nieszczęśliwego wypadku, kiedy miała ledwie pięć lat.

Miała też brata, z którym kontakt urwał się, kiedy na polskie kresy zdradziecko wkroczyli we wrześniu 1939 roku Rosjanie. Tylko tyle wie, że trafił po różnych trudnych dla niego perturbacjach, do dalekiego Donbasu w ówczesnym Związku Radzieckim, gdzie jako młody chłopak ciężko pracował w kopalni węgla kamiennego.

Pani Annie niestety nie dane było chodzić do przedwojennej szkoły, ponieważ jej samotnej mamie nie stać było na wyprawienie córki, by się uczyła.

Kiedy na ich tereny wkroczyli we wrześniu 1939 roku Rosjanie, a w następnym roku Niemcy, nie tylko rodzinie Koziczów żyło się ciężko. Niemal wszyscy klepali biedę. Żyli dosłownie z dnia na dzień. Jej mama trudziła się codziennie nad tym, jak dokarmić dzieci, jak przeżyć. Dorabiała też w majątku całkiem bogatego człowieka, który nazywał się Leon Rydzewski.

„Ciężko było jak pamiętam. I podziwiam swoja mamę, za ich poświęcenie, troskę, i wszystko to, by żyło się nam względnie normalnie. Ale tak było niestety tylko do pewnego czasu. Myślałam, że już gorzej nie może być. A jednak… .” – wspomina pani Anna.

W drugiej połowie roku 1941 ich wioskę i mieszkańców okolicznych miejscowości, skoszarowano w prowizorycznych, wręcz spartańskich warunkach, na dworcu w Pińsku. Koczowali tam ponad dziewięć tygodni nie wiedząc co przyniesie kolejny i kolejny dzień. Potem wsadzano wszystkich po kolei do bydlęcych wagonów. I ruszyli w drogę. W drogę dla nikogo nieznaną, spowitą trudnościami i niedolą. Nikt nie wiedział gdzie jadą i po co.

Pani Anna z wieloma kobietami i mężczyznami ostatecznie trafiła na nieznane jej Pomorze Zachodnie, a dokładnie do miejscowości o nazwie Wostentin (od zakończenia II wojny światowej jest to Ościęcin w powiecie gryfickim). To raptem osiem kilometrów od dzisiejszego Golczewa.

Tu trafiła do despotycznego i podłego bauera, jak określa go z perspektywy czasu pani Anna, który nazywał się Willi Meider. Ciężko pracowała u niego na gospodarce. Wyzyskiwał swoich ludzi do granic ich wytrzymałości. Tak było do wyzwolenia w marcu 1945 roku.

„Dobrze to nazwisko zapamiętałam, bo nie było z jego strony niczego dobrego dla nas pracujących u niego.

Ciężko był. Bardzo ciężko przez całe cztery trudne lata. Bauer wymagał od nas niemalże niemożliwego. To były nie tylko dla mnie, niezwykle trudne, ale to bardzo trudne do zniesienia chwile.” – opowiada z rozgoryczeniem nasza bohaterka.

Tam też z końcem wojny, poznała swego przyszłego męża, o dziesięć lat starszego pana Stefana, za którego wyszła za mąż dokładnie 21 maja 1945 roku. Po czym oboje ruszyli w drogę (większość z niej przeszli na piechotę!) w rodzinne strony męża. A dokładnie w okolice Częstochowy. Do niewielkiego Mstowa. Nie pomieszkali tutaj nazbyt długo i powrócili na Ziemię Golczewską z początkiem 1946 roku.

Jak wspomina pani Anna Golczewo, które w latach 1945 – 46 nazywało się Goliszewo, z tamtych  dawnych, tuż po wojnie? Było to miasteczko ciche, szare, niezbyt ludne. Pamięta, że przy głównej ulicy (dziś jest to ulica Zwycięstwa) paliła się jedna jedyna lampa. Była – jak mówi, piękna Żaba – jeden z symboli obecnego Golczewa. Był młyn, tartak, porodówka, kino, restauracja o nazwie „Albatros”, zakład OTL, jak też rzeźnia. Wszystkie te podmioty już niestety nie istnieją. Straż pożarna (tu OSP), istnieje nieprzerwanie od końca II wojny światowej.

„Na nowym miejscu nie za bardzo tak od razu się oswoiliśmy z nowym otoczeniem. Ale z biegiem czasu, kiedy mąż zaczął pracować najpierw w PUR – ze, a potem w naszym tartaku, poznawaliśmy kolejnych i kolejnych ludzi. Zawiązywały się koleżeństwa, a nawet przyjaźni. I dopowiem tak na swój babski rozum – wtedy ludzie byli jacyś bardziej życzliwi, otwarci, bardziej się integrowali, byli sobie niezwykle pomocni. Dziś, kiedy mam już tyle lat, może nie do końca rozumiem młodych. Może to jakaś inna moda na współistnienie i współżycie. Sama nie wiem.” – mówi pani Anna.

Pani Annie nie dane było iść także po wojnie do szkoły. Wszystkiego uczyła się sama. Pisać, czytać, robić na drutach, gospodarzyć, bawić dzieci. Pierwsza z trzech córek, Maria, urodziła się w lutym 1946 roku, następna, nieżyjąca już Jadwiga, przyszła na świat w lutym 1950 roku. A najmłodsza, Teresa, która mieszka wraz ze swymi dziećmi i swoją mamą, Teresa, urodziła się w styczniu 1955 roku.

Pani Anna, choć nie miała lekko w życiu, nie narzeka na swój los. Ale też przyznaje, że starość jest trudna, bardzo trudna. Wszystko boli, wręcz niekiedy nie do zniesienia. Boli kręgosłup, bolą nogi. Mówi, że jej samopoczucie zależy od zmienności pogody, a ta zła ze spadkami barometrycznymi, najbardziej na nią wpływa niekorzystnie. Przyznaje też, w zasadzie od dwóch lat nie wychodzi z domu. Po prostu boi się. Cieszy ją to, że mieszka i żyje z rodziną. To ją pobudza do życia i jakichś niewidzialnych chęci. Mimo wszystko, i tak widać uśmiech na jej zmęczonej życiem i przeżytymi trudnymi latami twarzy.

Po wojnie, kiedy – jak mówi, też nie było lekko, była już rodzina, dzieci, na różne sposoby dorabiała. A to u kogoś bawiła dzieci, a to przędła wełnę (bo to lubiła, nawet bardzo), by w 1961 roku podjąć pracę w golczewskim (już nieistniejącym niestety) tartaku, gdzie pracowała do emerytury.

Dla niej z perspektywy czasu, najważniejsze są trzy miejscowości: Żytnowice, gdzie się urodziła i spędziła dzieciństwo, Wostentin z czterema wojennymi latami udręki i ciężkiej pracy, oraz niegdysiejsze Goliszewo, czyli teraźniejsze Golczewo, z którym złączyła swój los na zawsze.

Mirosław Iwaszczyszyn

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *