Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 8)

To nowy cykl, w którym przedstawiamy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowiec (ukr. Bierezdiwici) (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.

Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski, jak i Golczewo i jego okolice.

W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.

Brzozdowce – niewielkie miasteczko gminne, liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków (837 osób), Ukraińców (podobna liczba), a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i niewielu Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.

Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).

Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Salomea Solska – „Kto wie czy moje roboty przymusowe w Niemczech nie zespoliły naszej rodziny jeszcze bardziej….”

Pani Salomea Solska, wieloletnia mieszkanka podkamieńskiego Trzebieszewa, urodziła się w dalekich Brzozdowcach, 6 kwietnia roku 1927. Jej rodzicami byli Władysław i Maria (z domu Wróblicka) Kłosowscy.

To rzadko nadawane dzieciom imię zasugerował jej rodzicom ks. Michał Kaspruk, który z wieloma repatriantami trafił do Kamienia Pomorskiego i Trzebieszewa z końcem roku 1945.

Jej ojciec miał jedenaścioro rodzeństwa, pięciu braci i sześć sióstr.

Państwu Kłosowskim urodziło się łącznie sześcioro dzieci: śp. Stanisława ur. 1923, śp. Edmund ur. 1925, wspomniana Salomea, a ponadto; śp. Franciszek ur. 1930, Emilia ur. 1932 oraz Jadwiga ur. w roku 1935, o której pisaliśmy w czwartym odcinku tego cyklu.

Państwo Kłosowscy przed wojną i podczas jej trwania mieli niewielkie przydomowe gospodarstwo rolne. Mama pani Salomei zajmowała się domem, zaś jej ojciec był uznanym cieślą i majstrem zarazem.

Pani Salomea do 1942 roku skończyła sześć klas szkoły powszechnej.

Jak wspomina, jej Brzozdowce leżące nieopodal dużej rzeki, Dniestr (nad nim leżała wieś Podhorce do której to wsi z Brzozdowiec było „na rzut kamieniem”), pamięta tyle o ile, bowiem od wiosny wspomnianego już 1942 r., musiała przymusowo stąd „wyemigrować”.

Centralnymi budynkami tej niedużej miejscowości był kościół dla katolików, cerkiew dla prawosławnych Ukraińców oraz synagoga dla niewielkiej części Żydów.

Jak wspomina, pospólstwo Brzozdowiec raczej zgadzało się między sobą, choć im dalej trwała wojna tym bardziej nieobliczalni byli Ukraińcy, którym jak wiemy z historii. Hitler obiecał Wolną Ukrainę. Zresztą nie on jeden. Tu ukłon w stronę marszałka Józefa Piłsudskiego.

Do pewnego czasu nikt nikomu nie przeszkadzał, każda grupa społecznościowa pielęgnowała swoje tradycje, swoje zwyczaje, przyzwyczajenia. Zdawało się, że będzie tak zawsze.

Cała ta społeczność żyła w zgodzie obok siebie, obok kościoła, cerkwi i synagogi.

Cięższych czasów, kiedy Ukraińcy ziali wrogością do Polaków, pani Salomea już nie pamięta, bowiem w niecodziennych okolicznościach została z wieloma innymi młodymi rodakami wywieziona w głąb Niemiec. O czym za chwilę.

Właśnie kiedy ją wywożono, nadszedł czas strachu i grozy, bowiem rozpoczęła się pacyfikacja Żydów. To było okrutne, pędzili tych biednych ludzi jak stado bydła za miasto, gdzie ich rozstrzeliwano i wrzucano do wcześniej wykopanych głębokich dołów. Z tej gehenny uratowała się tylko garstka Żydów.

W tym czasie, jak wie z opowieści swojej przeżywającej te straszne czasy rodziny, zaczęły organizować się ukraińskie bandy pod hasłem „Niepodległa Ukraina”. Zaczęto likwidować całe polskie rodziny. Zapanował strach wśród Polaków, bo obawiano się, że następnymi będziemy my.

Był też taki czas, że w miejscowym kościele, który stoi do dziś, przez dłuży okres polscy mieszkańcy Brzozdowiec i okolic tam nocowali. Mężczyźni pełnili warty uzbrojeni w siekiery, młoty i co popadło, po to by nie dopuścić do kościoła rozjuszonych i pewnych siebie band ukraińskich.

Z jednej strony cieszy się dziś, że tych strasznych dni i nocy w Brzozdowcach nie musiała przeżywać, a z drugiej strony ma wielki żal do najeźdźców, że musiała przymusowo opuścić na kilka lat na szczęście odnalezioną potem rodzinę.

Pierwotnie na wywózkę na przymusowe roboty „skazano” jej najstarszą siostrę, Stanisławę. Kiedy już szykowano transport, pani Salomea chciała się pożegnać z siostrą, która nie tak dawno zaręczyła się. Niemcy odebrali im już wcześniej dowody tożsamości, i nie namyślając się zbytnio, pani Salomea podszywając się pod siostrę (!), ostatecznie z innymi wieloma młodymi ludźmi trafiła do dalekiej Bawarii, gdzie pracowała u gospodarza.

„Źle go wspominam, bo był niedobry. Nawet za nic mnie uderzył. To zapamiętałam na całe życie. Jak można kogoś uderzyć za nić? Tego nie mogłam zrozumieć..” – wspomina pani Salomea.

Szczęściem, trafiła potem do drugiego bauera, który nazywał się Haack, a było to w okolicy Schwabich Gmünd. Był dobry dla pracujących u niego, także dla pani Salomei. U niego właśnie nauczyła się podstaw pracy na gospodarstwie rolnym i w domu. Nauczyła się robić obrządki, doić krowy czy kosić zboże, co jak wspomina, przydało jej się w pracy na roli już po wojnie.

Z końcem wojny zaczęła intensywnie poszukiwać zagubionej rodziny. Zdecydowała się umieścić ogłoszenie do gazety, które mieszkająca na Śląsku jej kuzynka, Lidia Kłosowska, przeczytała. Ta jej powiedziała, że jej rodzina wyjechała tuż po wojnie z ks. M. Kasprukiem do Kamienia Pomorskiego.

Czym prędzej, nie znając nawet nazwiska księdza, napisała do niego. Ten przekazał otrzymany list jej bratu Edmundowi, który służył do mszy św.

W tym czasie, a był to jeszcze rok 1945, pani Salomea poznała swego przyszłego męża, Stefana Solskiego, który trafił też na przymusowe roboty z siostrą, z okolic Tomaszowa Mazowieckiego.

W tym samym roku wzięli ślub, a 1 sierpnia następnego roku, już w polskim Wałbrzychu, urodził się ich pierwszy syn, Jan, który dziś mieszka w Warszawie.

Wiosną, a dokładnie w maju 1947 r., przyjechał do nich jej ojciec, którą zabrał ją z dziewięciomiesięcznym synkiem Janem do Trzebieszewa. Jej mąż został jeszcze krótki czas w Wałbrzychu. Pracował tu bowiem jako kierowca i musiał się rozliczać między innymi w pracy, by potem dołączyć do rodziny.

Pani Salomea, mieszkając w Trzebieszewie, pracowała w domu i była przy dzieciach, których przybywało. Już tu na Ziemi Kamieńskiej urodzili się: Emilia (ur. 1947), która mieszka w Warszawie, nieżyjąca już Teresa (ur. 1949), Stanisław (1954), który mieszka w Trzebieszewie, oraz najmłodsza dziś szczecinianka, Anna, urodzona w roku 1956.

Kiedy dzieci podrosły, podobnie jak jej mąż, rozpoczęła pracę w Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Kamieniu Pomorskim. Pracowała tam do emerytury, na którą przeszła w roku 1990.

„Dziś jak wspominam tamte odległe czasy, nadziwić się nie mogę, że sprzyjało nam w ogólnym rozrachunku, szczęście. To fakt, poświęciłam się mojej siostrze, zamieniając się z nią tuż przed wywózką na roboty. Ale czy tego żałuję? Wcale nie. I nie jest – tak uważam, żadne bohaterstwo. Ot, widać tak musiało być.

Nie powiem, całkiem dobrze wspominam mój pobyt w Niemczech. Wiele się tam nauczyłam, dużo poznałam. Ich słynny porządek był tam na porządku dnia. A poza tym poznałam tamtejszy język. Tylko po części podobny do niemieckiego. I przyznam, że kiedy rozmawiałam w różnych okolicznościach z rodowitymi Niemcami, po prostu nie rozumieli mnie. To tak jak by Polak rozmawiał z rodowitym Ślązakiem czy Kaszubem.

Gdybym się tam nie znalazła, nie spotkała bym swego męża, Stefana.

Jestem już starszą osobą, ale tamte czasy pamiętam chyba bardziej, jak to co dajmy na to, robiłam przed chwilą. Chyba tak to jest w starszym wieku. I trzeba się z tym pogodzić.” – mówi pani Salomea.

Pani Salomea jest szczęśliwą matką, a także babcią pięciorga wnucząt oraz dziewięciorga prawnucząt.

Choć dość schorowana, tkwi w niej chęć do życia. Podtrzymywana na duchu z każdej strony przez rodzinę, nie daje się chorobom. Choć jak mówi, starość to zwykle słabość i chorowanie. „I z tym też trzeba się pogodzić i jakoś żyć.” – przyznaje z uśmiechem.

Miwa

Jeden komentarz na temat: Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 8)

  1. Zofia Suchorowska napisał(a):

    Też urodziłam się w Brzozdowcach. Jako 8 – miesięczne niemowlę tym samym transportem co Pani Salomea dojechałam do Golczewa i tam wraz z Rodzicami i 4 – ma siostrami zamieszkałam. Natomiast z najstarszym synem Pani Salomei Jankiem chodziłam do Liceum Ogólnokształcącego w Gryficach, razem zdawaliśmy maturę i dotychczas co roku spotykamy się na zjazdach klasowych. Pozdrawiam serdecznie wszystkich Brzozdowian.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *