Bomba na dnie Bałtyku – Paweł Łepkowski

W dniu dzisiejszym w „UWAŻAM RZE” ukazał się artykuł który uważam za konieczny do przedrukowania i rozpowszechniania jego treści szczególnie tu na wybrzeżu. W gazecie Nowy Pomorzanin oraz na tym portalu pisaliśmy już nie jeden raz o zagrożeniu jakie drzemie w głębinach Bałtyku. Dziś ten temat powrócił. Czy władze Polski staną na wysokości zadania i zmierzą się z ta cykającą bomba ekologiczną która w każdej chwili może spowodować zakładkę Morza Bałtyckiego a w zasadzie i nas mieszkających nad jego brzegami, mieszkańców tego regionu? Zachęcam do lektury.

Tysiące ton broni chemicznej zatopionej po wojnie w Morzu Bałtyckim to śmiertelne zagrożenie dla ludzi i środowiska

Polskiemu wybrzeżu w każdej chwili grozi katastrofa o trudnych do przewidzenia skutkach. Najbardziej zagrożone jest Pomorze Środkowe, a zwłaszcza najczęściej odwiedzane przez wczasowiczów plaże od Dziwnowa aż po Łebę. Równie tragiczny los może czekać miasta położone nad Zatoką Gdańską. Także tutaj będą odczuwalne skutki potencjalnej klęski naturalnej spowodowanej wydostaniem się bojowych środków trujących (BŚT) ze skorodowanych kontenerów leżących na dnie morza od ponad 60 lat.

Bałtyk jak toksyczna zupa

W 2009 r. szwedzką opinią publiczną wstrząsnął reportaż zrealizowany przez dziennikarzy telewizji publicznej SVT na temat tajnych radzieckich operacji zatapiania broni chemicznej w Bałtyku w latach 1989–1992. Reporterzy nakręcili z ukrycia jedną z takich akcji przeprowadzanych na wodach szwedzkiej strefy ekonomicznej. Wyrzucane kontenery zawierały głównie gazy paraliżujące oraz odpady promieniotwórcze.

Jednak to nie postępowanie samych Rosjan najbardziej zbulwersowało Szwedów. Śledztwo dziennikarskie oraz działania operacyjne szwedzkiego wywiadu dowiodły, że niektórzy członkowie rządu Szwecji doskonale wiedzieli o zatapianiu toksycznych odpadów w pobliżu Gotlandii już od 1999 r. Nie zrobili jednak nic, by przerwać ten proceder.

Na początku lat 90. Rosjanie musieli podjąć decyzję o dalszym losie olbrzymiego arsenału broni chemicznej zmagazynowanego w dawnych bazach wojskowych ZSRR na Łotwie i w Estonii. Najwięcej toksycznych ładunków znajdowało się w bazie w łotewskim porcie Lipawa. Rosjanie nie mieli pieniędzy na ich wywóz ani utylizację. W rozsypującym się finansowo i moralnie Sztabie Generalnym Armii Czerwonej ostatnie miejsce zajmowała troska o środowisko naturalne czy bezpieczeństwo mieszkańców Polski lub Szwecji. Dlatego z czysto ekonomicznych powodów zdecydowali się na zatopienie swojego arsenału BŚT w Morzu Bałtyckim.

Na skutki takiej polityki nie trzeba było długo czekać. Od połowy lat 90. obserwowano gwałtowny wzrost liczby zachorowań na raka płuc i skóry wśród szwedzkich rybaków wypływających na łowiska między Bornholmem a Gotlandią. To typowe skutki działania gazu musztardowego (iperytu). Rozpoznanie wycieku tej substancji w wodzie morskiej przez laika jest bardzo trudne. Jest to bowiem bezbarwna i oleista ciecz o słabym zapachu przypominającym woń czosnku zmieszanego z musztardą. Nierozpuszczony iperyt może przeleżeć w przeżartych rdzą pojemnikach wiele lat, powoli wyciekając i zatruwając środowisko naturalne. Skorodowane kontenery ze śmiertelną trucizną wkrótce ulegną całkowitemu zniszczeniu, uwalniając do wód Bałtyku gigantyczne ilości toksyn.

W 1945 r. na konferencji w Poczdamie postanowiono pozbyć się 267,5 tys. ton bomb, pocisków i min zawierających broń chemiczną. Najtańszym sposobem było zatopienie tego arsenału w Bałtyku, głównie w Basenie Bornholmu (ok. 105 m p.p.m.) i Głębi Gotlandzkiej (okolice Głębi Landsort 459 m p.p.m.). Na obszarze 2,8 tys. km kw. wokół Bornholmu Rosjanie zatopili 40 tys. ton różnego typu kontenerów z adamsytem, clarkiem I i II, iperytem siarkowym, fosgenem, tabunem, solami cyjanowymi oraz kwasem pruskim. W 1945 r. w cieśninie Mały Bełt Brytyjczycy zatopili 69 tys. ton artyleryjskich pocisków z tabunem i 5 tys. ton bomb zawierających tabun i fosgen. Rok później Amerykanie dostali zadanie zatopienia w Cieśninach Duńskich 42 okrętów ze 130 tys. ton niemieckiej amunicji chemicznej. Także wybrzeże niemieckie zostało skazane na katastrofę. Na początku lat 50. ZSRR i NRD zatopiły w jego pobliżu 65 tys. ton BŚT.

Polskiemu wybrzeżu najbardziej zagraża składowisko 2 tys. ton pocisków chemicznych wyrzuconych przez Rosjan na południe od Gotlandii. Należy jednak pamiętać, że zatopiony arsenał chemiczny III Rzeszy stanowi część śmiertelnego koktajlu, który wkrótce może skazić nasze plaże.

Śmierć czyha na plaży

Dotychczas w Polsce odnotowano 24 wypadki niebezpiecznych w skutkach kontaktów ludzi z bojowymi środkami trującymi, które wydostały się z zatopionych zbiorników. O pierwszych zatruciach lub poparzeniach donosiła prasa lokalna już w latach 50. ubiegłego stulecia. W 1952 r. pięć osób uległo poparzeniu na plażach od Dziwnowa po Łebę. Szczególnie tragiczny wypadek wydarzył się w 1955 r. na plaży w Darłówku. Nieświadome niebezpieczeństwa dzieci z kolonii letnich podeszły do zardzewiałego pojemnika, z którego wolno wyciekała dziwna ciemna ciecz. Już po kilku sekundach zaczęły odczuwać piekące duszności i palenie skóry. Znajdujący się w skorodowanym kontenerze iperyt był przyczyną poparzenia 102 dzieci. Czworo maluchów straciło wzrok.

Czy zatem polskie plaże są śmiertelnie niebezpieczne dla wczasowiczów, turystów i mieszkańców nadmorskich miejscowości? Pamiętajmy, że zatopione BŚT zaczynają być groźne dopiero teraz, po ponad 60 latach. Specjaliści z wojska, straż pożarna oraz lekarze ostrzegają, że dziwne metalowe pojemniki wyrzucone przez morze mogą zawierać zabójczą substancję. Także widok podejrzanej ciemnej cieczy o oleistej konsystencji powinien od razu wzbudzić szczególną czujność. Nawet zbliżenie się na kilka metrów do wycieku trującego środka bojowego jest śmiertelnie niebezpieczne. Najlepiej natychmiast powiadomić o znalezisku policję lub straż pożarną.

Jak niebezpiecznym środkiem jest iperyt, może świadczyć fakt, że użyty przez Niemców podczas I wojny światowej spowodował śmierć ok. 140 tys. żołnierzy armii brytyjskiej i kanadyjskiej. Jego ponura nazwa przypomina tragiczny los miejscowości Ypres w Belgii, gdzie 12 lipca 1917 r. Niemcy użyli go po raz pierwszy przeciw wojskom brytyjskim.

Objawy poparzenia skóry w wyniku kontaktu z iperytem mogą się ujawnić dopiero po 4–24 godzinach, a kłopoty z oddychaniem zaczynają się często po 4 godzinach od kontaktu z tą substancją. Fakt, że najwięcej poparzeń skóry i chorób nowotworowych płuc występuje wśród rybaków, dowodzi, jak silnie skażone są organizmy morskie, w tym najbardziej popularne gatunki ryb. U rybaków do poparzeń dochodzi najczęściej w wyniku kontaktu ze skażonymi flądrami i dorszami, które mogą trafić do nadmorskich wędzarni lub hurtowni, a stamtąd na nasz stół.

Iperyt to danie główne w chemicznym menu Morza Bałtyckiego. Ale oprócz niego na dnie morza zalegają tony subtelnie pachnącego pelargonią bezbarwnego luizytu, zwanego „rosą śmierci” (rozpuszczającej się w wodzie substancji, która chętnie wchodzi w reakcje z iperytem siarkowym, difosgenem i innymi bojowymi środkami trującymi) albo bezbarwnego sarinu, którego zaledwie kilkanaście miligramów powoduje śmierć w potwornej agonii.

Palący problem

Czy rządy państw nadbałtyckich mają jakikolwiek plan utylizacji podwodnych składów BŚT? Nic na to nie wskazuje. Nie ma też klarownie zarysowanej i prosto określonej polityki oczyszczenia wód naszego morza z tej strasznej mieszanki różnych trucizn. Na szczęście o tym problemie zaczyna się coraz więcej mówić i pisać.

W listopadzie 2010 r. rozpoczęto badania Bałtyku finansowane przez Unię Europejską, mające określić stan składowisk broni chemicznej, działania chroniące przed katastrofą ekologiczną oraz metody oczyszczenia dna morza ze śmiercionośnych odpadów. Nasz kraj jest liderem szerokiego projektu o nazwie CHEMSEA, do którego przystąpiło 11 ośrodków naukowych z Polski, Szwecji, Finlandii, Litwy i Niemiec. Czynny udział w tym przedsięwzięciu ma Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni, Wojskowa Akademia Techniczna w Warszawie oraz Instytut Oceanologii w Sopocie. W tym roku możemy się także spodziewać raportu specjalnej grupy (HELCOM MUNI), która została powołana do zbadania faktycznego stanu składowisk broni chemicznej na dnie Bałtyku. To w zasadzie wszystkie działania, mimo że problem zaczyna być palący w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Nawet najlepsi eksperci wojskowi nie potrafią przewidzieć skali i skutków gwałtownego wydostania się BŚT ze skorodowanych kontenerów. Do niedawna uważano, że stalowe zbiorniki z bronią chemiczną rdzewieją bardzo powoli, a wycieki uwalniają niewielkie ilości toksycznych substancji, stosunkowo szybko ulegających hydrolizie. Naukowcy podkreślali, że taki wolny wyciek powoduje, iż cięższe od wody związki osiadają na dnie. Niepokój budzić mogło najwyżej potencjalne naruszenie dna morskiego przez wielkie inwestycje w rodzaju gazociągu lub przeciągania światłowodów, czego skutkiem byłby „rozrzut” związków metali ciężkich. Na szczęście dno Morza Bałtyckiego nie jest obszarem o nasilonej aktywności sejsmicznej, więc dodatkowe obawy o wzburzenie zatrutego dna wydawały się bezzasadne. Dopiero rosyjsko-niemiecki program budowy gazociągu na dnie Bałtyku wywołał szeroką dyskusję nad ryzykiem lokalnej katastrofy ekologicznej.

Przedstawiciele Marynarki Wojennej RP podkreślają jednak, że to nie gazociąg ani sama broń chemiczna stanowią największe niebezpieczeństwo. Skupiając się na broni chemicznej, często zapominamy, że Bałtyk został także potraktowany jako wysypisko broni konwencjonalnej, w tym amunicji ciężkiej, bomb lotniczych, min podwodnych czy całych skrzyń pocisków artyleryjskich. Potencjalna eksplozja któregoś z tych ładunków może spowodować reakcję łańcuchową i zalew bojowymi środkami trującymi plaż Kołobrzegu, Łeby, Pucka czy Trójmiasta. Nikt nie wie, czy byłaby to klęska ekologiczna na miarę katastrofy w Czarnobylu, czy może tragedia o wiele większym zasięgu.

Bezczynność pierwszego Kaszuba RP

Póki rządy krajów nadbałtyckich nie rozpoczną programowych działań mających na celu wydobycie BŚT z dna Bałtyku i ich utylizację, każdy spacer po plażach naszego wybrzeża może być śmiertelnie niebezpieczny. Dotyczy to zwłaszcza amatorów poszukujących bursztynów. Iperyt, który kojarzy nam się wyłącznie z gazem, w kontakcie z wodą i piaskiem tworzy ciało stałe do złudzenia przypominające bursztyn. W 1990 r. w obwodzie kaliningradzkim morze wyrzuciło na brzeg pewne ilości iperytu. Poszukiwacze bursztynów uznali je za wyjątkowo duże i piękne okazy bałtyckiego bursztynu. Kilka godzin później „szczęśliwi znalazcy” trafili z zatruciem i poparzeniami III stopnia do szpitali w Królewcu.

Ale czy tylko bojowe środki trujące z II wojny światowej mogą zakłócić nam wypoczynek nad Morzem Bałtyckim? Okazuje się, że proceder trucia naszego morza nie skończył się na tajnych operacjach rosyjskiej Marynarki Wojennej w 1999 r. W maju 2012 r. policja zamknęła 14-kilometrowy odcinek plaży na terenie Słowińskiego Parku Narodowego w okolicy Czołpina. Przyczyną była niegroźnie wyglądająca ciemna substancja, która w zetknięciu z leżącymi na plaży patykami zaczęła się lekko tlić. Specjaliści ze Słowińskiego Parku Narodowego i Urzędu Morskiego zebrali łącznie 300 litrów mieszanki fosforu i bromu. Po dalszej analizie doszli do przekonania, że nie jest to broń chemiczna zalegająca na dnie morza od II wojny światowej, ale odpad współczesny. Przypadek z Czołpina dowodzi, że Bałtyk jest nadal bezkarnie traktowany jak wysypisko toksycznych śmieci.

Szkoda, że premier Donald Tusk, pierwszy Kaszub RP, zawsze deklarujący przywiązanie do polskiego wybrzeża, dotychczas nie zrobił nic, żeby zapobiec zbliżającej się katastrofie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *