Tykająca bomba na dnie Bałtyku

 W gazecie Nowy Pomorzanin oraz na tym portalu pisaliśmy już nie jeden raz o zagrożeniu jakie drzemie w głębinach Bałtyku (http://echokamienia.pl/powiat-i-region/bomba-dnie-baltyku-pawel-lepkowski). Dziś 7 marca 2018 r., ten temat powrócił. W  programie ALARM ukazującym się w Programie Pierwszym Telewizji Polskiej ukazał się materiał informujący o tysiącach ton broni chemicznej zatopionych po drugiej wojnie światowej w Bałtyku. Fakty są porażające.

Ponad 70 lat po wojnie rybacy nadal znajdują w sieciach niechciane pamiątki po nazistowskich wojskach. Wśród bałtyckich cmentarzysk okrętów wojennych, żaglowców i kutrów rybackich spoczywają tysiące ton broni chemicznej, która na polu bitwy niosła śmierć pod postacią gazu musztardowego, czyli silnie toksycznego i parzącego związku. Iperyt, bo o nim mowa, wciąż może być niebezpieczny nie tylko dla organizmów morskich. Również dla człowieka, który coraz śmielej zagospodarowuje nowe obszary Bałtyku: pod budowę farm wiatrowych, platform wiertniczych czy, kładąc gazociąg Nord Stream II.

Po zakończeniu II wojny światowej, od 1945 do 1948 roku w czterech strefach okupacyjnych Niemiec znaleziono 296 tysięcy ton amunicji chemicznej. To miała być hitlerowska wunderwaffe. O jej skuteczności przekonano się już podczas I wojny światowej, gdy na skutek działania środków toksycznych zginęło 100 tysięcy ludzi, a 1,2 mln zachorowało.

Zwycięskie armie, chcąc szybko pozbyć się problemu, postanowiły hitlerowską broń zatopić. Początkowo planowano zrobić to w rejonie Wysp Owczych na Atlantyku. Operacja była jednak kosztowna i wymagała ogromnej liczby jednostek transportowych. Ostatecznie śmiercionośną chemię postanowiono pogrzebać na dnie Bałtyku. Ocenia się, że trafiło do niego od 42 do 69 tysięcy ton amunicji chemicznej – w kontenerach, bombach, pociskach, granatach i minach.

Bałtyk jest morzem stosunkowo płytkim. Niemieccy marynarze pływający na łodziach podwodnych nazywali go „płytkim talerzem z kluskami”. Przeciętna głębokość wynosi zaledwie 52,3 metra. Największa głębia – Landsort – to 459 metrów.

Alianci za najbezpieczniejsze miejsce do zatopienia ładunków z BST (bojowe środki trujące) uznali Basen Bornholmu i Głębię Gotlandzką, a także rejon latarni morskiej Maesekaer na zachód od Szwecji. 130 tysięcy ton chemicznej amunicji zatopiono także w cieśninach duńskich.

Na dno poszły pojemniki zawierające iperyt siarkowy (gaz musztardowy), adamsyt, fosgen, tabun, clark I i clark II, sole cyjanowe, kwas pruski. Tylko na wschód od Bornholmu, na obszarze 2,8 tys. km kwadratowych wrzucono do wody około 40 tysięcy ton amunicji gazowej.

O ile wojska zachodnie robiły to dosyć precyzyjnie, trzymając się planów, to Rosjanie topili broń chemiczną gdzie popadło. Dosłownie – bo nie mogąc np. w sztormowej pogodzie dopłynąć do wyznaczonych miejsc, zrzucali broń „na trasie”. Na dodatek wyrzucali amunicję w drewnianych skrzyniach, które potem jakiś czas dryfowały, dopóki nie opadły na dno.

Śmiercionośne ładunki topiono też w niewielkiej odległości od Dziwnowa, Kołobrzegu, Darłowa i Helu. Stosunkowo niedawno Rosjanie przyznali się, że do tego celu użyli także Głębi Gdańskiej. To dlatego w 1954 roku na plaży w Jastarni znalazła się beczka z iperytem siarkowym.

Tykająca bomba ekologiczna

W których częściach Bałtyku leży najwięcej niebezpieczny substancji?
Kilka lat temu generał Sulikow, rosyjski specjalista od broni chemicznej, stwierdził, że amunicja chemiczna zatopiona w Bałtyku może spowodować katastrofę ekologiczną większą niż ta, którą wywołał wybuch reaktora w Czarnobylu.

W 2002 roku autorzy raportu Komisji Helsińskiej uznali jednak, że wpływ zatopionych środków chemicznych na środowisko morskie Bałtyku jest niewielki, a zagrożenia dla wybrzeży nie ma. Również badania szwedzkie wykazały, że gaz musztardowy nie stanowi zagrożenia dla zooplanktonu. Uznano także, że trucizna powinna pozostać na dnie, bo większe szkody mogłoby spowodować jej wydobywanie i unieszkodliwianie.

Za większe niebezpieczeństwo uznano zanieczyszczanie środowiska morskiego Bałtyku przez działalność gospodarczą państw położonych nad jego brzegami.

Komisja zaleciła jednocześnie prowadzenie badań stanu amunicji, przede wszystkim badanie stężenia iperytu i arsenu. Oba powodują nowotwory. Zwiększona zachorowalność na raka wśród szwedzkich rybaków jest dawno stwierdzonym faktem. W Polsce Trójmiasto i Szczecin to czarne miejsca na mapie nowotworowej kraju. Nie wiadomo jednak, czy ma to związek z iperytem, który kryje morska głębia.

Stanu zatopionej amunicji nie bada się – mówi kmdr Tadeusz Kasperek. – Nikt nie prowadzi monitoringu. Ale możemy się z dużym prawdopodobieństwem domyślać, jaki jest stan pojemników. W najlepszym razie są one w połowie skorodowane.

To wersja optymistyczna. Stalowe korpusy pocisków opierają się działaniu morskiej wody przez 50-60 lat. Ten czas właśnie mija. Specjaliści z rosyjskiego stowarzyszenia „Oceanotechnika” obliczyli, że pojemniki zaczną pękać w 2010 roku.

Niemieccy badacze oceniają, że pojemniki z trucizną są zniszczone w 75-90 procentach. Gdyby do morza wyciekła jednocześnie tylko jedna szósta ich zawartości, życie w Bałtyku przestałoby istnieć. Symulacje i obliczenia mówią jednak, że środki trujące mogą się wydzielać z amunicji nawet przez trzysta lat. Jeśli się ich nie ruszy.

Dokładna skala zagrożenia jest nieprzewidywalna także z innego względu. Wiadomo, jakie skutki wywołuje zatopiona trucizna. Co jednak powstaje z niej pod wpływem działania morskiej wody – do końca nie jest znane. Dowiodły tego badania bryły iperytu wyłowionej przez rybaków z Władysławowa.

Ta bryła nie składała się już tylko z substancji zatopionej, czyli z iperytu, ale także z produktów jego przemiany – mówił na posiedzeniu senackiej Komisji Ochrony Środowiska prof. Zygfryd Witkiewicz z Wojskowej Akademii Technicznej. – Wytworzyły się w niej związki chemiczne, które mogą być bardziej toksyczne od samego iperytu. My zidentyfikowaliśmy dwie substancje dotychczas nie opisane w literaturze.

Jest jeszcze inny problem. Na dnie Bałtyku spoczywa kilka tysięcy wraków. Nikt do końca nie wie, co jest w ich środku. A mogą to być znacznie większe bomby, niż dotąd znajdowane.

W 2003 roku Instytut Morski prowadził badania w Zatoce Gdańskiej na wyznaczonym poligonie o powierzchni 2 na 2 km. – Znaleźliśmy tam ponad trzysta obiektów o wymiarach większych niż 1 metr – mówił Krzysztof Szefler, kierownik zakładu oceanografii operacyjnej w Instytucie Morskim w Gdańsku.

Dopóki chemiczna śmierć leży spokojnie na dnie, często zagrzebana w mule, przykryta osadami, to zarówno korodowanie pojemników, jak i rozpuszczanie uwolnionych środków następuje powoli, a stężenie trucizny nie jest szkodliwe. Gdyby doszło do większej katastrofy, zatrucie wody miałoby w Bałtyku długotrwałe skutki, bo nasze morze jest… mało ruchliwe. Woda w nim wymienia się średnio raz na 30 lat.

– W Bałtyku woda stoi – mówi prof. Grażyna Kowalewska, szefowa pracowni chemicznych zanieczyszczeń morza z sopockiego Instytutu Oceanologii PAN. – W Hiszpanii poziom wody zmienia się do 4,5 metra w ciągu doby. U nas zaledwie o 1 centymetr. Gdyby stało się coś złego, skutki byłyby trudne do przewidzenia.

Na Głębi Bornholmskiej wyławiano już flądry z owrzodzeniami na skórze, charakterystycznymi dla działania iperytu.
– Dlatego nie jem fląder – mówi kmdr Kasperek – i radziłbym wszystkim zwrócić uwagę na konsumpcję ryb, gdy ruszy budowa gazociągu. I potem w trakcie jego eksploatacji też.

8 lipca 2008 roku Parlament Europejski ogromną większością głosów przyjął krytyczny raport, którego sprawozdawcą był Marcin Libicki z PiS, o wpływie Gazociągu Północnego na środowisko Bałtyku. W raporcie posłowie apelowali, by budowa gazociągu była w pełni zgodna z prawodawstwem UE w zakresie oceny oddziaływania na środowisko naturalne oraz z postanowieniami wszystkich międzynarodowych konwencji. Domagają się dokładnych badań, monitorowania realizacji projektu, a nawet rozważenia innych możliwych tras przebiegu gazociągu.

W Morzu Bałtyckim wymierają niektóre gatunki roślin i zwierząt, czasami całe biocenozy i biotopy. Zagrożone są nie tylko obiekty już podlegające ochronie, ale również typowe ekosystemy.

W 2009 r. szwedzką opinią publiczną wstrząsnął reportaż zrealizowany przez dziennikarzy telewizji publicznej SVT na temat tajnych radzieckich operacji zatapiania broni chemicznej w Bałtyku w latach 1989–1992. Reporterzy nakręcili z ukrycia jedną z takich akcji przeprowadzanych na wodach szwedzkiej strefy ekonomicznej. Wyrzucane kontenery zawierały głównie gazy paraliżujące oraz odpady promieniotwórcze.

Jednak to nie postępowanie samych Rosjan najbardziej zbulwersowało Szwedów. Śledztwo dziennikarskie oraz działania operacyjne szwedzkiego wywiadu dowiodły, że niektórzy członkowie rządu Szwecji doskonale wiedzieli o zatapianiu toksycznych odpadów w pobliżu Gotlandii już od 1999 r. Nie zrobili jednak nic, by przerwać ten proceder.

Na początku lat 90. Rosjanie musieli podjąć decyzję o dalszym losie olbrzymiego arsenału broni chemicznej zmagazynowanego w dawnych bazach wojskowych ZSRR na Łotwie i w Estonii. Najwięcej toksycznych ładunków znajdowało się w bazie w łotewskim porcie Lipawa. Rosjanie nie mieli pieniędzy na ich wywóz ani utylizację. W rozsypującym się finansowo i moralnie Sztabie Generalnym Armii Czerwonej ostatnie miejsce zajmowała troska o środowisko naturalne czy bezpieczeństwo mieszkańców Polski lub Szwecji. Dlatego z czysto ekonomicznych powodów zdecydowali się na zatopienie swojego arsenału BŚT w Morzu Bałtyckim.

Na skutki takiej polityki nie trzeba było długo czekać. Od połowy lat 90. obserwowano gwałtowny wzrost liczby zachorowań na raka płuc i skóry wśród szwedzkich rybaków wypływających na łowiska między Bornholmem a Gotlandią. To typowe skutki działania gazu musztardowego (iperytu). Rozpoznanie wycieku tej substancji w wodzie morskiej przez laika jest bardzo trudne. Jest to bowiem bezbarwna i oleista ciecz o słabym zapachu przypominającym woń czosnku zmieszanego z musztardą. Nierozpuszczony iperyt może przeleżeć w przeżartych rdzą pojemnikach wiele lat, powoli wyciekając i zatruwając środowisko naturalne. Skorodowane kontenery ze śmiertelną trucizną wkrótce ulegną całkowitemu zniszczeniu, uwalniając do wód Bałtyku gigantyczne ilości toksyn.

Śmierć czyha na plaży

Dotychczas w Polsce odnotowano 24 wypadki niebezpiecznych w skutkach kontaktów ludzi z bojowymi środkami trującymi, które wydostały się z zatopionych zbiorników. O pierwszych zatruciach lub poparzeniach donosiła prasa lokalna już w latach 50. ubiegłego stulecia. W 1952 r. pięć osób uległo poparzeniu na plażach od Dziwnowa po Łebę. Szczególnie tragiczny wypadek wydarzył się w 1955 r. na plaży w Darłówku. Nieświadome niebezpieczeństwa dzieci z kolonii letnich podeszły do zardzewiałego pojemnika, z którego wolno wyciekała dziwna ciemna ciecz. Już po kilku sekundach zaczęły odczuwać piekące duszności i palenie skóry. Znajdujący się w skorodowanym kontenerze iperyt był przyczyną poparzenia 102 dzieci. Czworo maluchów straciło wzrok.

Czy zatem polskie plaże są śmiertelnie niebezpieczne dla wczasowiczów, turystów i mieszkańców nadmorskich miejscowości? Pamiętajmy, że zatopione BŚT zaczynają być groźne dopiero teraz, po ponad 60 latach. Specjaliści z wojska, straż pożarna oraz lekarze ostrzegają, że dziwne metalowe pojemniki wyrzucone przez morze mogą zawierać zabójczą substancję. Także widok podejrzanej ciemnej cieczy o oleistej konsystencji powinien od razu wzbudzić szczególną czujność. Nawet zbliżenie się na kilka metrów do wycieku trującego środka bojowego jest śmiertelnie niebezpieczne. Najlepiej natychmiast powiadomić o znalezisku policję lub straż pożarną.

Jak niebezpiecznym środkiem jest iperyt, może świadczyć fakt, że użyty przez Niemców podczas I wojny światowej spowodował śmierć ok. 140 tys. żołnierzy armii brytyjskiej i kanadyjskiej. Jego ponura nazwa przypomina tragiczny los miejscowości Ypres w Belgii, gdzie 12 lipca 1917 r. Niemcy użyli go po raz pierwszy przeciw wojskom brytyjskim.

Objawy poparzenia skóry w wyniku kontaktu z iperytem mogą się ujawnić dopiero po 4–24 godzinach, a kłopoty z oddychaniem zaczynają się często po 4 godzinach od kontaktu z tą substancją. Fakt, że najwięcej poparzeń skóry i chorób nowotworowych płuc występuje wśród rybaków, dowodzi, jak silnie skażone są organizmy morskie, w tym najbardziej popularne gatunki ryb. U rybaków do poparzeń dochodzi najczęściej w wyniku kontaktu ze skażonymi flądrami i dorszami, które mogą trafić do nadmorskich wędzarni lub hurtowni, a stamtąd na nasz stół.

Iperyt to danie główne w chemicznym menu Morza Bałtyckiego. Ale oprócz niego na dnie morza zalegają tony subtelnie pachnącego pelargonią bezbarwnego luizytu, zwanego „rosą śmierci” (rozpuszczającej się w wodzie substancji, która chętnie wchodzi w reakcje z iperytem siarkowym, difosgenem i innymi bojowymi środkami trującymi) albo bezbarwnego sarinu, którego zaledwie kilkanaście miligramów powoduje śmierć w potwornej agonii.

Palący problem

Czy rządy państw nadbałtyckich mają jakikolwiek plan utylizacji podwodnych składów BŚT? Nic na to nie wskazuje. Nie ma też klarownie zarysowanej i prosto określonej polityki oczyszczenia wód naszego morza z tej strasznej mieszanki różnych trucizn. Na szczęście o tym problemie zaczyna się coraz więcej mówić i pisać.

W listopadzie 2010 r. rozpoczęto badania Bałtyku finansowane przez Unię Europejską, mające określić stan składowisk broni chemicznej, działania chroniące przed katastrofą ekologiczną oraz metody oczyszczenia dna morza ze śmiercionośnych odpadów. Nasz kraj jest liderem szerokiego projektu o nazwie CHEMSEA, do którego przystąpiło 11 ośrodków naukowych z Polski, Szwecji, Finlandii, Litwy i Niemiec. Czynny udział w tym przedsięwzięciu ma Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni, Wojskowa Akademia Techniczna w Warszawie oraz Instytut Oceanologii w Sopocie. W tym roku możemy się także spodziewać raportu specjalnej grupy (HELCOM MUNI), która została powołana do zbadania faktycznego stanu składowisk broni chemicznej na dnie Bałtyku. To w zasadzie wszystkie działania, mimo że problem zaczyna być palący w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Nawet najlepsi eksperci wojskowi nie potrafią przewidzieć skali i skutków gwałtownego wydostania się BŚT ze skorodowanych kontenerów. Do niedawna uważano, że stalowe zbiorniki z bronią chemiczną rdzewieją bardzo powoli, a wycieki uwalniają niewielkie ilości toksycznych substancji, stosunkowo szybko ulegających hydrolizie. Naukowcy podkreślali, że taki wolny wyciek powoduje, iż cięższe od wody związki osiadają na dnie. Niepokój budzić mogło najwyżej potencjalne naruszenie dna morskiego przez wielkie inwestycje w rodzaju gazociągu lub przeciągania światłowodów, czego skutkiem byłby „rozrzut” związków metali ciężkich. Na szczęście dno Morza Bałtyckiego nie jest obszarem o nasilonej aktywności sejsmicznej, więc dodatkowe obawy o wzburzenie zatrutego dna wydawały się bezzasadne. Dopiero rosyjsko-niemiecki program budowy gazociągu na dnie Bałtyku wywołał szeroką dyskusję nad ryzykiem lokalnej katastrofy ekologicznej.

Przedstawiciele Marynarki Wojennej RP podkreślają jednak, że to nie gazociąg ani sama broń chemiczna stanowią największe niebezpieczeństwo. Skupiając się na broni chemicznej, często zapominamy, że Bałtyk został także potraktowany jako wysypisko broni konwencjonalnej, w tym amunicji ciężkiej, bomb lotniczych, min podwodnych czy całych skrzyń pocisków artyleryjskich. Potencjalna eksplozja któregoś z tych ładunków może spowodować reakcję łańcuchową i zalew bojowymi środkami trującymi plaż Kołobrzegu, Łeby, Pucka czy Trójmiasta. Nikt nie wie, czy byłaby to klęska ekologiczna na miarę katastrofy w Czarnobylu, czy może tragedia o wiele większym zasięgu.

Póki rządy krajów nadbałtyckich nie rozpoczną programowych działań mających na celu wydobycie BŚT z dna Bałtyku i ich utylizację, każdy spacer po plażach naszego wybrzeża może być śmiertelnie niebezpieczny. Dotyczy to zwłaszcza amatorów poszukujących bursztynów. Iperyt, który kojarzy nam się wyłącznie z gazem, w kontakcie z wodą i piaskiem tworzy ciało stałe do złudzenia przypominające bursztyn. W 1990 r. w obwodzie kaliningradzkim morze wyrzuciło na brzeg pewne ilości iperytu. Poszukiwacze bursztynów uznali je za wyjątkowo duże i piękne okazy bałtyckiego bursztynu. Kilka godzin później „szczęśliwi znalazcy” trafili z zatruciem i poparzeniami III stopnia do szpitali w Królewcu.

Ale czy tylko bojowe środki trujące z II wojny światowej mogą zakłócić nam wypoczynek nad Morzem Bałtyckim? Okazuje się, że proceder trucia naszego morza nie skończył się na tajnych operacjach rosyjskiej Marynarki Wojennej w 1999 r. W maju 2012 r. policja zamknęła 14-kilometrowy odcinek plaży na terenie Słowińskiego Parku Narodowego w okolicy Czołpina. Przyczyną była niegroźnie wyglądająca ciemna substancja, która w zetknięciu z leżącymi na plaży patykami zaczęła się lekko tlić. Specjaliści ze Słowińskiego Parku Narodowego i Urzędu Morskiego zebrali łącznie 300 litrów mieszanki fosforu i bromu. Po dalszej analizie doszli do przekonania, że nie jest to broń chemiczna zalegająca na dnie morza od II wojny światowej, ale odpad współczesny. Przypadek z Czołpina dowodzi, że Bałtyk jest nadal bezkarnie traktowany jak wysypisko toksycznych śmieci.

Czy władze Polski staną na wysokości zadania i zmierzą się z ta cykającą bomba ekologiczną która w każdej chwili może spowodować zakładkę Morza Bałtyckiego a w zasadzie i nas mieszkających nad jego brzegami, mieszkańców tego regionu? Kto odpowie nam na to pytanie?  

 Waldemar Taranowicz

 

Przy opracowaniu tego materiału wykorzystano informacje z  materiały:
Bałtyk pełen broni chemicznej
-Iwona Kłopocka  27 lipca 2008 – nto.pl,

Bałtyk to tykająca bomba zegarowa. Zatopione beczki z bronią chemiczną mogą się rozszczelnić             w każdej chwili –   Włodzimierz Kaleta – 17 maja 2016 00:05 portalu parlamentarny.pl

Tysiące ton broni chemicznej zatopionej w BałtykuPaweł Wojciechowski 08 lipca 2017 -wyborcza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *