Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 9)

To nowy cykl, w którym przedstawiamy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowiec (ukr. Bierezdiwici) (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.

Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski, jak i Golczewo i jego okolice.

W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.

Brzozdowce – niewielkie miasteczko gminne, liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków (837 osób), Ukraińców (podobna liczba), a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i niewielu Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.

Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).

Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Agata Dębowska – „Jestem brzozdowianką i jest mi z tym dobrze….”

Pani Agata Dębowska, dla najbliższych i znajomych – Jagusia, urodziła się w Brzozdowcach 23 marca 1941 roku, w rodzinie państwa Mariana i Marii Berezowskich (zmarła w Trzebieszewie w roku 1973). Mama pani Agaty pochodziła z rodziny Kosturów. Ojciec pani Agaty urodził się w 1897 roku i miał dwóch braci. Jej mama, urodzona w 1905 r. pochodziła z wielodzietnej rodziny. Miała pięcioro rodzeństwa.

Pan Marian był dobrym i cenionym murarzem. Najczęściej pracował na budowach w położonym na północny – zachód Lwowie. Mama zajmowała się przede wszystkim domem i wychowywaniem córek.

„Niewiele pamiętam z opowiadań mamy o Brzozdowcach. O tym jak tam było, jak tam się żyło, co tam ludzie robili, jak żyli, niewiele mogę powiedzieć. Jednak wiedziałam, że mieszkały tam trzy nacje: Polacy, Ukraińcy, których było mniej więcej po połowie, oraz nieliczni Żydzi. Wiem też, że były tam kościół, cerkiew i bożnica. Była też szkoła powszechna.

Kiedy skończyłam cztery latka, zakończyła się też wojna. To dla mnie nieznany epizod, o którym wiem tylko z opowieści rodzinnych. Jako kilkuletnie dziecko nie rozumiałam dorosłych zawiłości, tego co się wokół mnie działo. To dla mnie było całkiem obce. Po prostu żyłam w świecie dziecka. To naturalne.” – mówi z rozrzewnieniem pani Agata.

Brzozdowce, miejscowość cicha, spokojna, ale tak było niestety do pewnego czasu. Im bliżej było końca wojny, tym nastroje społecznościowe były cięższe i trudniejsze. Ukraińska część Brzozodowiec, oczywiście nie wszyscy, po roku 1942, z miesiąca na miesiąc stawali się coraz bardziej wrodzy wobec naszych rodaków i nielicznych już w tym czasie Żydów.

Stawali się coraz bardziej pewni siebie, buńczuczni, niebezpieczni, fałszywi, nieobliczalni i bardzo groźni. To bolało Polaków, którzy nie mogli zrozumieć tego faktu, bo wcześniej wszyscy ze wszystkimi żyli w całkowitej zgodzie i dużej komitywie. Bywało często tak, że Polak żenił się z Ukrainką, czy Polka wychodziła za mąż za Ukraińca. I wszystko było dobrze, i w porządku.

Wtedy, w tym trudnym czasie, nasi rodacy w różny sposób starali się być razem ze sobą, skonsolidowani, bo wiedzieli, że w grupie zawsze raźniej i bezpieczniej.

Końcówka wojny, wyzwolenie w drugie połowie 1944 r. i coraz większa nienawiść Ukraińców do Polaków. Prawdę powiedziawszy, repatriacja na Ziemie Odzyskane, ale nie tylko, która miała miejsce na jesieni 1945 roku, była w pewnym sensie wybawieniem.

Pani Agata miała dwójkę starszych od niej sióstr. Obie już niestety nie żyją. A były to Zyta urodzona w 1931 r., która mieszkała w dalekim Jarosławiu, oraz Janinę, urodzoną w 1932 r., która była wieloletnią mieszkanką podkamieńskiego Trzebieszewa. Niejako powojennej kolebce Brzozdowiaków na Ziemi Kamieńskiej, bo wiadomym jest, że po repatriacji ich Brzozdowiec, wielu z nich osiedliło się w różnych miejscach. A to na Śląsku, a to w opolskim, a to na ziemi dolnośląskiej.

Duża ich część przybyła transportem, który trwał bez mała ponad dwa miesiące, wraz z ich księdzem, Michałem Kasprukiem oraz przenajświętszym obrazem Matki Boskiej w Wigilię roku 1945. Właśnie poprzez ostatni kolejowy przystanek w Golczewie, do Trzebieszewa.

Rodzina państwa Kosturów nie zabrała się z tym transportem. Już na stacji kolejowej w niedalekim pan Marian zawrócił do Brzozdowiec po jakieś rzeczy. I kiedy pociąg ruszył nie było go widać.

Jak się później okazało, został pobity i ograbiony z dokumentów przez buńczucznych i wrogich Polakom Ukraińców. Jak się potem dowiedzieli. Przez długi czas ukrywał się przed prześladowcami. Ostatecznie przygarnęła go jakaś ukraińska rodzina, gdzie kryjąc się w dalszym ciągu, przebywał.

Wiedzieli też, że pan Marian potem mieszkał w położonym tuż obok Brzozdowiec, Rozdole, założonym podczas powstawania w tamtej okolicy dużych zakładów przemysłowych. Zmarł w Rozdole w 1986 roku. Pani raz jedyny była w Brzozdowcach, właśnie w tym roku, będąc latem na pogrzebie ojca.

Ciekawostką jest fakt, że przed wojną, brat jej mamy o imieniu Michał Kostur, był ważną osobowością w tej niewielkiej miejscowości, bowiem był tutaj sołtysem.

Siostra jej mamy o imieniu Stefania, wyszła za mąż przed wojną światową za Ukraińca, który nazywał się Wasyl Korecki.

„Był to dobry i poczciwy człowiek, jak wiem z opowiadań mamy. Kiedy zaczęły się represje Ukraińców wobec Polaków nie tylko w Brzozdowcach, ten pomagał naszym rodakom, uprzedzał ich o jakichś najściach. Niestety pod koniec wojny został uwięziony przez jego wrogów. Widać komuś zawadzał. Prawdopodobnie więziony w Jarosławiu. Ale jest to wiadomość nie do końca sprawdzona.” – wspomina po wielu latach pani Agata.

Szczęściem rodzina Berezowskich przeżyła bez uszczerbku całą wojnę, ale naprawdę wiele trudnych chwil było przed nimi. Także ich dotknęło pokłosie wojny, która tak zniszczyła dosłownie całą Europę.

Kiedy ostatni transport ruszył na zachód, a wraz z nim rodzina Berezowskich, nikt jeszcze wtedy nie wiedział i nikt wcale nie przypuszczał, dokąd i gdzie jadą. Pociąg dotarł do polskiego Jarosławia w Małopolsce. Rodzina Berezowskich wysiadła tutaj, zatrzymując się u siostry mamy pani Agaty, pani Stanisławy, która tu przybyła nieco wcześniej. W tym miejscu mieszkali jakiś krótki czas, by potem ponownie wyruszyć w drogę. Nie wie dlaczego pozostał tam jej dziadek. Pojechali wraz z jej babcią najpierw w okolice Opola. Tu nastąpiła krótka przerwa w exodusie, ale po chwili ruszyli dalej.

Okazało się, że w położonym na Ziemi Kamieńskiej mieszkał już jej wujek, a brat jej mamy. To dzięki tej okoliczności trafili do Trzebieszewa.

Tu spora część Trzebieszewa pochodziła właśnie z Brzozdowiec, tyle tylko, że wielu z tych mieszkańców trafiła tu różnymi drogami. Niekiedy krętymi i ogmatwanymi.

Pani Agata właśnie w swojej nowej miejscowości ukończyła szkołę podstawową, rozpoczynając edukację od drugiej klasy.

„Byłam młodsza od wielu którzy chodzili już do szkoły. A ja co miałam w domu robić? Nudziłam się, bo zostawałam sama w domu. I dlatego chodziłam z nimi.” – opowiada pani Agata.

Potem poszła do liceum ogólnokształcącego, ale w dalekim Jarosławiu. Ukończyła go w 1958 roku i powróciła do rodziny, na Ziemię Kamieńska.

Próbowała jeszcze w Jarosławiu dostać się na farmację w Lublinie. Niestety, zabrakło jej na egzaminie… dwóch punktów. Powrót do rodziny był jej zdaniem, koniecznością, bo nie za bardzo dobrze czuła się mieszkając z dala od najbliższej rodziny.

W Kamieniu Pomorskim zatrudniła się jako referent w Powiatowej Radzie Narodowej, która mieściła się do końca lat 70 – tych w dzisiejszym budynku uzdrowiskowym, „Chrobry”. Tu przepracowało trzy lata.

Od stycznia 1962 roku zaczęła pracować w niegdysiejszej znanej nie tylko w okolicy mleczarni (OSM Kamień Pomorski), gdzie pracowała całe 15. lat.

W 1966 roku wyszła za mąż w Kamieniu Pomorskim. Ma z tego związku córkę. Nieco poświęciła na wychowanie maleństwa (urlop macierzyński).

Potem przyjęła się do szczecińskiej ekspozytury Biura Turystycznego „Gromada” w Kamieniu Pomorskim. Było to w latach 1977 – 82. Po odejściu z „Gromady” robiła różne rzeczy, wychowywała córkę Joannę.

Dziś córka jest dorosła, podobnie jak jej dwójka wnucząt: Bartosza i Karolinę.

„Przyznam, że w przeciwieństwie do wielu starszych ode mnie brzozdowiaków, niestety mam niezbyt wielką wiedzę o moich rodzinnych stronach. Jednak jak pamiętam, kiedy w 1986 roku byłam tam na pogrzebie niewidzianego od czasu wyjazdu z Brzozdowiec ojca, serce nieco mocniej pukało.

Było to dawno temu i przyznam też że to co wtedy tam zobaczyłam, w dużej mierze zatarło się. Z drugiej strony nigdy się nie afiszowałam, że pochodziłam stamtąd. To moja prywatna sprawa. W pewnym sensie sentyment pozostał i tak po cichu marzyłam, by tam jeszcze choć raz pojechać.

Była taka okazja podczas drugiej pielgrzymki naszych brzozdowiaków w tamte strony. Nawet się umówiłam, że będąc w tym czasie w Jarosławiu, spotkam się z grupą w Rzeszowie. Niestety w tym czasie stan zdrowia mojej cioci pogorszył się. I musiałam z wyjazdu zrezygnować. Szkoda było.” – mówi pani Agata.

Jak mówi, zdjęć z dawnych lat, z lat brzozdowieckich, w zasadzie nie posiada. „Wszystkie zostały u starszej siostry w Jarosławiu. Ona już niestety nie żyje, i nie spodziewam się bym je kiedykolwiek odzyskała. Wielka szkoda, bo to przecież rodzinne pamiątki.” – przyznaje ze smutkiem pani Agata.

Zaskoczona prośbą o wywiad, musiała często zagłębiać się w swoją pamięć, by przypomnieć sobie niektóre epizody z jej życia i jej rodziny.

„Przyznam, że jestem trochę zaskoczona. Owszem, czytałam niektóre wcześniejsze odcinki tego cyklu, ale w ogóle nawet nie przeszło mi przez myśl, że i ja się w nim znajdę. Prawdę powiedziawszy, nasze opowieści z Kresów są potrzebne dla nas samych i dla naszych potomków, po to między innymi żeby pamięć tych dawnych czasów nie zaginęła.

Jak wiem, ostatecznie wokół nie tylko Kamienia Pomorskiego brzozdowiaków osiedliło się całkiem sporo. Niestety wielu już nie żyje, a ci co pozostali są doskonałym dowodem na to, że wojna potrafiła z ludźmi zrobić wiele rzeczy, były wyrzeczenia, dramaty, cierpienia i radości. Dawne to czasy, ale dla nas, już nieco strasznego pokolenia, jakże ważne.” – przyznała na zakończenie naszego spotkania pani Agata, która mimo tego, że dopadają ją co pewien czas jakieś choróbska, jest osobą pogodną, optymistycznie patrzącą na świat i ludzi. I co ważne, nie poddaje się nigdy zbyt łatwo. To, jak mówi, ułatwiało jej życie.

Miwa

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *