Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 7)

To nowy cykl, w którym przedstawiamy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowiec (ukr. Bierezdiwici) (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.

Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski, jak i Golczewo i jego okolice.

W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.

Brzozdowce – niewielkie miasteczko gminne, liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków (837 osób), Ukraińców (podobna liczba), a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i niewielu Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.

Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).

Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Józef Malinowski – „Straszne i przejmujące grozą słowa pewnego Ukraińca, utkwiły mi na zawsze w pamięci. Nigdy ich nie zapomnę….”

Pan Józef Malinowski, wieloletni mieszkaniec Kamienia Pomorskiego, urodził się w Brzozdowcach 23 stycznia 1942 roku w rodzinie państwa Stanisława (rok urodzenia 1904) oraz Jadwigi ( rok u rodzenia 1914), z domu Rodakiewicz.

Ojciec miał dwóch braci i trzy siostry, zaś mama żyła w rodzinie, gdzie było siedmioro rodzeństwa. Oprócz niej byli; siostry – Aniela, Kazimiera oraz bracia: Franciszek, Antoni, Leon oraz Julian.

Pan Józef ma siostrę, która urodziła się już na Ziemi Kamieńskiej, Zofię, urodzoną w roku 1953, a mieszkającą w Szczecinie.

Ojciec do czasów wojny był dobrym i cenionym murarzem, a amatorsko bardzo lubił grać na różnych instrumentach. Grał na wielu, ale najbardziej lubił grać na akordeonie. Nie mniej był podziwiany przez rodzinę i znajomych za swe zdolności artystyczne.

Jego mama pracowała w Rawie Ruskiej, miejscowości dość daleko położonej od Brzozdowiec. Była tam na służbie w kuchni i przy wychowywaniu dzieci przedwojennego Posła RP, o nazwisku Górski (Franciszek, ewentualnie Władysław). Wróciła do rodzinnych Brzozdowiec dopiero kiedy we wrześniu 1939 roku, jak wybuchła II wojna światowa.

Pan Józef przypuszcza, że rodzice poznali się w okolicy 1940 – 41 roku, a ze związku tych dwojga urodził się właśnie on.

Rodzice, kiedy już byli ze sobą, mieszkali wraz z babcią pana Józefa, dwiema siostrami mamy (Aniela i Kazimiera) i bratem (Julianem).

Pan Józef zna tamte stare Brzozdowce w niewielkim stopniu, ale sporo z opowieści rodziców, choć ci opowiadali i wspominali jedynie przy rodzinnych uroczystościach.

Wie, że w miasteczku żyły trzy narodowości mieszkańców. W mniej więcej takim samym stosunku Polaków i Ukraińców, oraz w dużej mniejszości Żydów. Dlatego były tu kościół, bożnica i cerkiew. Były też trzy szkoły: polska, ukraińska i żydowska.

Przez miasteczko przepływał potok, który się zwał Wiśniowczyk. Kobiety w nim prały różne ubrania czy pościel. Moczono w nim też konopie i len na ubrania i materiały, bo w sklepach nie było ich wiele, a poza tym nie każdego na nie było stać.

Jak pamięta, w domu było drewniane (a jakże) krosno, na którym wyrabiano płótna, kołowrotek, na którym przędła nici jego mama. Była też stępa do robienia kaszy.

Brzozdowianie żyli w zgodzie, często stosowano pomoc tak zwaną dobrosąsiedzką. Była jak najbardziej integracja międzyludzka, mimo, że były różne narodowości.

To jednak niestety zmieniło się na niekorzyść, jeszcze wcześniej, kiedy w 1944 roku nadszedł ze wschodu front. Ukraińcy stali się niezwykle agresywni, buńczuczni i groźni dla Polaków. Tak naprawdę te ukraińskie represje wobec Polaków trwały już od 1942 r.

Najpierw „zabrali się” za Żydów, a potem za naszych rodaków. Tragiczne dni spłynęły na Polaków, którzy chronili siebie nawzajem i swoje rodziny jak tylko mogli.

Wie z opowiadań, że Ukraińcy (przypuszcza, że bandy UPA) chcieli spacyfikować polską część miasteczka. Jednak ukraińscy mieszkańcy Brzozdowiec ostrzegli ich, że w kościele znajduje się Cudowny Obraz, który uzdrawia, w ten sposób ratując ten obiekt sakralny i samych Polaków.

Od wielu Brzozdowiaków wiadomo, że były długie noce, kiedy rodziny polskie chowały się na noc do miejscowego kościoła, a mężczyźni wystawiali wokoło niego zbrojne warty, by chronić swoich przed nieobliczalnymi Ukraińcami. Ci rozwydrzeni, rozochoceni obiecanką Wolnej Ukrainy byli coraz bardziej bezwzględni wobec naszych rodaków.

To prawda, wiele rodzin było dwunarodowościowych. Żenili się Polak z Ukrainką, i na odwrót. Wtedy sytuacje stawały się trudne, ale i wyjątkowe. Dla przykładu, świętowano święta kościelne (Wielkanoc i Boże Narodzenie), bo jak wiadomo katolicy obchodzą je wcześniej, a prawosławni dwa tygodnie później. Chodzono zatem do świątyni… dwa razy. Tak właśnie było w przypadkach przede wszystkim rodzin mieszanych.

Kiedy pan Józef miał dziewięć miesięcy, jego ojca wraz z wielu Polakami i Polkami, Niemcy bezpardonowo nie pytając się wsadzili ich do bydlęcych wagonów i wywieźli na roboty gdzieś w głąb Niemiec. Jedna z ciotek pana Józefa, Kazimiera, trafiła na roboty w okolice Katowic.

Wtedy na rodzinę i bliskich pana Józefa nastały cięższe czasy. Jego babcia miała kilkuhektarowe gospodarstwo rolne, na którym pomagała jego matka. Ciężko i strachliwie im się żyło, ale byli szczęśliwi, że żyją.

Rok 1942 to rok tragicznych czystek na Wołyniu. Prawdę powiedziawszy, brzozdowiccy Żydzi „kumali się” z Rosjanami od mniej więcej września 1939 r., a więc tuż po ich niespodziewanej i zdradzieckiej napaści na Polskę. A po czerwcu 1941 roku, kiedy Operacją „Barbarossa”, Niemcy zdobywali kolejne tereny radzieckie kierując się szybko na wschód, tak samo przychylni Niemcom byli Ukraińcy.

Wszyscy się bali o siebie, przede wszystkim będący „między młotem a kowadłem” Polacy, pytając ze strachem: co przyniesie jutro? Czy doczekamy następnego dnia czy nocy?

Pamięta, że kiedyś przestraszył go, ale to bardzo pewien Ukrainiec, który rzucił do niego słowa śmiejąc się pod nosem: „Ty Poliak, ja tiebja zariżu!”. To mówi samo za siebie. Bez komentarza. „Przestraszyłem się jako młody chłopak nie na żarty. Przyznam że te słowa utkwiły mi w pamięci aż do dziś.” – mówi pan Józef.

Lata mijały, w miasteczku nic się nie zmieniało. Jedynie zwiększał się strach Polaków bojących się nieobliczalnych i złowrogich Ukraińców.

Mama pana Józefa pracował na roli u swej matki do jesieni 1945 roku, bo wtedy musieli opuścić swoje domostwa i udać się pociągiem towarowym do Polski.

W Chodorowie, gdzie była stacja kolejowa, stali miesiąc, budując sobie prowizoryczne wiaty, a budulcem były… deski z podłóg z domów stojących nieopodal, jak też przez siebie wcześniej zamieszkanych. Dodać trzeba, że jesień tego roku była kapryśna i deszczowa.

Wreszcie ruszyli do kraju zakwaterowani w bydlęcych wagonach, typu „lora”, bez dachu. Ciężka to była podróż, męcząca i dokuczliwa. Pluskwy, pchły i inne insekty, brak sanitariatów, dawały się wszystkim we znaki.

Trafili do śląskich Łabęd. Pan Józef z rodziną zatrzymał się tutaj mieszkając jak inni, w baraku. W 1946 roku udali się z matką do Opola. W tym czasie matka odnalazła szczęśliwie, a było to na początku maja tego roku, już schorowanego męża.

W Opolu byli do wiosny 1947 roku, po czym pojechali do Zgorzelca. W zasadzie niedaleko. A dokładniej do niewielkiej miejscowości, Bielawa Górna poczta Dłużyna Dolna, powiat zgorzelecki. Teraz jest to gmina Strzelno.

Tu przebywali do maja 1948 roku. Tego roku, a dokładnie 11 maja, zmarł jego ojciec, który powrócił z kuracji w Kowarach. Zmarł w Łabędach, gdzie był w trakcie odwiedzin swojej siostry.

Została ich dwójka: on i jego matka, która zadecydowała, że pojadą na Ziemię Kamieńską. Trafili do podgolczewskiego Kłodzina, gdzie były już dwie jej siostry, które były tutaj od końca 1945 roku. Oboje zamieszkali z jego ciotkami. Mieszkał już tutaj również brat matki wraz z rodziną. Jego matka zajmowała się na początku domem i pomagała siostrom.

Była również pomoc z amerykańskiej UNR – y. Jakoś skromnie, bo skromnie, wszyscy żyli z dnia na dzień. Cieszyli się, że mimo takich trudnych chwil jakie przeżyli, są po prostu blisko siebie, razem.

We wrześniu 1948 roku pan Józef poszedł do pierwszej klasy szkoły podstawowej w osadzie wojskowej jaką była Drzewica. Półtora kilometra od ich domu. Do osobnego domu przeprowadzili się we dwójkę w roku 1950.

Tu skończył cztery klasy i poszedł dalej do szkoły do Włodzisławia, gmina Czarnogłowy, powiat Goleniów. Zaś ostatnie dwie klasy kończył w Golczewie. Podstawową edukację ukończył w roku 1955.

W tym samym roku poszedł do dwuletniej Zasadniczej Szkoły Zawodowej w klasie mechanizacja rolnictwa – ślusarz, w Policach, którą ukończył w 1957 r.

Po ukończeniu ZSZ poszedł do technikum mechanizacji rolnictwa w Szczecinie – Dąbiu. Od razu do drugiej klasy. W 1959 roku nastąpiła likwidacja tej szkoły, więc pan Józef zmuszony był podjąć dalszą naukę gdzie indziej. Trafił w ten sposób do Świdwina, gdzie ukończył edukację w 1961 roku.

3 lipca tego roku, jako 19 – latek, dostał nakaz pracy i w ten oto sposób trafił do kamieńskiego POM (Państwowy Ośrodek Maszynowy). Pierwsze pół roku pisał jakieś kwity, wz – ki, RW – szki, sprawozdania itp., a potem robił kalkulacje.

W kwietniu 1962 roku został technikiem normowania w tym zakładzie. Ale we październiku tego roku musiał wziąć rozbrat z POM – em, bo rozpoczęła się jego krótka jak się okaże, przygoda z wojskiem. Poszedł do służby wojskowej w Koszalinie, gdzie podjął naukę w Podoficerskiej Szkole Artylerii Przeciwlotniczej (czynna służba).

Tu był do 3 września 1963 roku. Skrócenie służby nastąpiło dlatego, że w tym czasie jego matka dostała wylewu, trafiła do szpitala. Był wtedy jedynym żywicielem rodziny, miał do utrzymania kilka lat młodszą siostrę.

Wrócił wtedy do pracy w POM – ie i został brygadzistą na warsztatach, a wiosną 1964 roku został instruktorem mechanizacji rolnictwa. To stanowisko piastował do końca następnego roku.

W latach 1963 – 65 był nauczycielem zawodu w przyzakładowej (POM – u) Zasadniczej Szkole Zawodowej. Uczył budowy maszyn rolniczych.

W 1966 roku organizował przez rok maszynową bazę międzykółkową w Chominie podległą kamieńskiemu POM – owi.

25 grudnia 1966 r. był dniem wyjątkowym. Wtedy wziął ślub z panią Ireną, z domu Dunal, pochodzącą z kieleczyzny, która w  MBM– ie była księgową. Skrót MBM to Międzykółkowa Baza Maszynowa.

Ze swego związku mają dwie córki: Mirosławę urodzoną w 1968 roku i Dorotę urodzoną w roku 1969, oraz syna Damiana (rok ur. 1977). Mają też dwójkę wspaniałych wnucząt: Bartosza i Zuzannę.

Przez rok 1967 zakładał bazę POM – u w podkamieńskim Grabowie, po czym wrócił do macierzystej jednostki pracy. Wtedy został kierownikiem budowy kierując grupą budowlaną. To trwało do 1975 r., kiedy powierzono mu obowiązki głównego mechanika POM (już wówczas ZNMR). Tę funkcję piastował do roku 1983.

Warto wspomnieć, że w 1972 roku POM przekształcono w ZNMR (Zakłady Naprawcze Mechanizacji Rolnictwa).

W latach 1983 – 86 był ślusarzem, po czym został inspektorem BHP do roku 1992. Wtedy poszedł na rentę chorobową, ale po dwóch tygodniach został tutaj zatrudniony na półetatu jako BHP – owiec. Pracował w tym charakterze do roku 1995, czyli do czasu rozwiązania ZNMR. Na emeryturze jest od rok 2002.

Jest od niedawna prezesem Ogrodów Działkowych w Kamieniu Pomorskim. Jego niezmienne od ponad 40. lat hobby to wędkarstwo, któremu poświęca większość wolnego czasu.

„Brzozdowce zawsze mnie ciągnęły. Tam jest moja kolebka, moje najwcześniejsze dzieciństwo. Zawsze ciekaw byłem jak tam jest teraz.

Po raz pierwszy pojechałem tam w 1995 roku. „Byliśmy tam wraz z pielgrzymką wraz ks. dziekanem Olgierda Ostrokołowiczem i ufundowaną przez niego kopią Cudownego Obrazu, którego oryginał znajduje się w naszej Katedrze. Zdumiewające., niegdyś płynął przez Brzozdowce potok, dziś jest tylko zwykłym ściekiem. Wielka szkoda.

Dużo tam się od tamtych dawnych czasów zmieniło. Oj dużo. Uderza fakt, że Polaków tam niewielu już teraz. Są tam niemal sami Ukraińcy.

Nie ma też już łaźni żydowskiej czy bożnicy. Nie ma tu też żadnej szkoły. Pozostała pustka.

Byłem tam co najmniej sześć razy, także z członkami mojej rodziny. Chciałem ich tam po prostu wziąć, po to, by pokazać im moje i nasze korzenie.” – mówi pan Józef.

Warto dodać, że kiedy pan Józef przyjechał w 1995 r. do Brzozdowiec, w budowie była prywatna polska szkoła, która stoi na pograniczu tego miasteczka i tuż obok położonej dużej miejscowości, jaką jest Nowy Rozdoł, która to miejscowość powstała kilka dekad wcześniej.

Miwa

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *