Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 5)

To nowy cykl, w którym przedstawiamy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowic (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.
Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski.
W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.
Brzozdowce – niewielkie miasteczko liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków (837 osób), Ukraińców (podobna liczba), a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i niewielu Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.
Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).
Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Tadeusz Granat – „Z Brzozdowcami związała mnie wojna światowa”
Pan Tadeusz Granat urodził się 11 maja 1935 roku we Lwowie – Ciechowie. Jego rodzice to Stanisław i Paulina, z domu Ślusarz, która pochodziła z interesujących nas w tym cyklu Brzozdowiec. Ma dwoje rodzeństwa, młodszych od siebie; brata Wacława, urodzonego w 1936 roku oraz siostrę Marię, urodzoną w następnym roku. Oboje od lat mieszkają w Świnoujściu.
Ojciec przed wojną pracował w cegielni u niejakiego Wilczka, matka też tam dorabiała wykonując lekkie prace, a ponadto zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci.
Rodzinie nie przelewało się zbytnio, ale choć żyli skromnie, nie było biedy. Pan Tadeusz jak wspomina, co nieco pamięta wybuch wojny światowej, bo miał zaledwie kilka lat. Kiedy tu przyszli najeźdźcy, a oni wraz z niewielkim dobytkiem na czas jakiś musieli opuścić swój dom udając się z innymi pieszo na południe. Poprzez między innymi: Dawidów, Podmanasteż, Stare Sioło, Bobrkę zwaną też Chlebowice, a następnie Wybranowkę, Baranicze, doszli grupą do Brzozdowiec oddalonych około 60 km. Zamieszkali w niedaleko położonych od Brzozdowiec Hrankach, w wielkim strachu i niepewności o o jutro.
Dziś, jak pan Tadeusz wspomina tamte odległe dzieje, myślał, że pójdą bardziej na południe, w kierunku neutralnej wówczas Rumunii. Tak się jednak losy nie potoczyły.
Nie było łatwo. Wiadomo, wojenna zawieruch. Najpierw najeźdźcy z zachodu, potem Rosjanie. Kocioł niemiłosierny. Cywile mieli najgorzej w tym wszystkim. Wokół świszczące kule, raban i niepewność jutra. Istna „wędrówka ludów”.
Czas wojny, czas niepokoju, straszne dzieciństwo związane z wojną, dawały się wszystkim we znaki i w kość. Ale kolejne miesiące, kolejne lata jakoś szczęśliwie mijały i niemal wszyscy, wraz z rodziną Granatów, przeżyli wszystkie te okropieństwa i ohydne poniżania.
Nastał 1945 rok, wcześniej wyzwolenie, a potem koniec wojny. Radość niepisana. Życie wśród polskiej społeczności w Brzozdowcach układało się całkiem znośnie. Tylko z dnia na dzień, kiedy miało się już ku końcowi wojny, nasilili wrogość do Polaków mieszkający tutaj Ukraińcy. Wielu Polaków, Polek; Ukraińców i Ukrainek, żeniło się ze sobą. Było tak, że kiedy Polka wychodziła za mąż za Ukraińca, musiała mu się podporządkować. I te nie miały w rzeczy samej dobrego życia. Ale cóż, tak wybierały. Wybierały taki los, bo jak się mawia, „miłość nie zna granic”.
Skrywanie się na noce w pobliskim kościele przed buńczucznymi Ukraińcami było w ostatnim okresie wojny nagminne. Straże złożone z mężczyzn pilnowały całe noce kościoła, by jakiś intruz tutaj się przypadkiem nie wkradł.
Pod koniec wojny enkawudziści aresztowali pana Stanisława Granata, wywożąc go z wieloma na daleką, straszną i nieprzyjazną Syberię. Powrócił z niej wymęczony, schorowany, wychudzony. już tu do Trzebieszewa, w roku 1947.
Przyszła jesień 1945 i opuszczanie miejsca zamieszkania tam na Wschodzie. Polacy dowiedzieli się, że muszą jechać w nieznane, na zachód. Podstawiono im bydlęce wagony, śmierdzące i brudne, w których trudno było wytrzymać.
Jechali m. In. przez Kraków, Górę Śląską, Wrocław – Leśną. Kiedy ich chciano wysadzić na Dolnym Śląsku, zbuntowali się, mówiąc, że oni chcą mieszkać gdzieś w większej miejscowości. Pracownicy PUR – u nie mieli innego wyjścia i ponownie zakwaterowali ludzi ze Wschodu do wagonów. Potem poprzez Kluczbork dojechali tuż przed świętami Bożego Narodzenia do Golczewa zwanego wówczas na krótko Goliszewem, bo tu… kończyły się tory. Po opuszczeniu wagonów każdy udawał się w swoją nieznaną stronę. Rozpierzchli się w różnych kierunkach w poszukiwaniu jakiegoś domu, jakiegoś zamieszkania na nieznanej im jeszcze Ziemi Kamieńskiej. Rodzina Granatów i krewnych, trafili do niewielkiego Trzebieszewa.
„Pamiętam, jechał z nami ks. Michał Kaspruk, który zawsze i każdego dnia pocieszał nas, bo jak pamiętam, wielu nie wytrzymywało trudów podróży. Jego dobre słowo, pociecha, pozytywnie na wielu wpływało.” – wspomina pan Tadeusz.
Młody jeszcze Tadeusz, w 1946 roku poszedł do piątek klasy szkoły podstawowej, bo miał już cztery przedwojennej, powszechnej. Z nauczycieli pamięta m.in. panią Ślesicką.
Ostatnią, siódmą klasę, kończył już w Kamieniu Pomorskim.
Potem poszedł do szkoły zawodowej w kierunku chłodnictwa w Świnoujściu, ale po roku naukę przerwał, bo mu się tam nie podobało. Poszedł do Liceum Pedagogicznego, którego też nie skończył, ale te papiery, które uzyskał, pozwoliły mu na to, że mógł nauczać. I uczył matematyki i geografii od roku 1952 w szkole podstawowej w Trzebieszewie. aż do roku 1964, wraz z innym nieodżałowanym nauczycielem, Florianem Szymańskim. Po nich szkołę przejęła żyjąca w Kamieniu Pomorskim, Maria Skuza.
W latach 1959 – 61 prowadził też w Kamieniu Pomorskim księgarnię podległą znanej firmie, „Dom Książki”. Księgarnia mieściła się w dziś już nie istniejącym budynku u zbiegu ulic A. Mickiewicza i Wojska Polskiego.
„Zawsze lubiłem książki, lubiłem też czytać. Dziś to ze względu na słabe zdrowie, jest nie możliwe, czego bardzo żałuję. Sentyment do słowa pisanego jednak pozostał.” – mówi ze smutkiem niepisanym pan Tadeusz.
Jak wspomina, był pewien dzień, a dokładniej pierwszy maja. A więc święto pracy, w tamtych dawnych latach bardzo hucznie i kolorowo obchodzone. Był pochód ulicami miasta na kamieński stadion, potem sielanka, zabawa. Pan Tadeusz chciał się też zabawić, potańczyć, więc w tłumie szukał odpowiedniej partnerki. Wpadła mu w oko blond włosa dziewczyna o pięknym imieniu, Maria, która jak się okazało pochodziła z Żytomierza. I co? Wzięli ślub w 1954 roku w Kamieniu Pomorskim i są ze sobą do dziś.
Pan Tadeusz nie chciał być w partii jak to w tamtych niepewnych czasach formalnie musiało być. Przez to miał różne przeszkody i problemy na swej drodze. Chciał zostać marynarzem, chciał pływać. Ale co? Nie był w partii, więc to w gruncie rzeczy w zasadzie odpadało. Jednak dzięki pomocy dobrych ludzi, jakoś w 1967 r. udało mu się podjąć pracę mechanika – chłodniarza w dziś już niestety nieistniejącym Przedsiębiorstwie Połowów Dalekomorskich „Odra” w Świnoujściu. Doszedł do II oficera mechanika – chłodniarza, a po morzach całego niemal świata pływał do emerytury, do roku 1996. „Nie byłem tylko w Australii i na Antarktydzie.” – mówi.
Państwo Tadeusz i Maria mają trójkę dzieci: najstarszego Zbigniewa oraz córki: Urszulę i Małgorzatę. Mają też siedmioro wnucząt i trójkę prawnucząt.
Oboje niestety chorują. Pan Tadeusz choć poważnie, trzyma się dzielnie i tryska jak to zawsze on, zdrowym humorem.
„Nie narzekam na swój los, który sam sobie zgotowałem. Jednak nie mogę zrozumieć tego, że ludzie potrafią siebie nawzajem tak niszczyć. Przecież życie mamy tylko jedno. Okropieństwa wojny jakie moje młodzieńcze oczy widziały, przelatują mi w myślach lub też we snach co jakiś czas. To nieodwracalne. Cieszę się, że dzieci wychowaliśmy w pokoju, A wnuki i prawnuki cieszą się wolnością. I niech to trwa jak najdłużej.
Nam starym, nie pozostało wielu lat życia i cieszę się, że taki cykl powstał, bo trzeba przekazywać kolejnym pokoleniom nasze losy, nasze nie tylko wojenne i niepewne wówczas dzieje. Dla potomności i dla historii.
Żałuję, że te nasze wschodnie rubieże nie są dziś nasze. Tam się przecież rodziliśmy, tam żyliśmy, i trudno nam było kiedyś zrozumieć, że musieliśmy opuścić nasze domostwa. Ale trzeba było się z tym pogodzić.” – mówi na zakończenie pan Tadeusz.

Miwa

Jeden komentarz na temat: Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 5)

  1. Anna napisał(a):

    Pani Danusia Kania z ul. Kopernika 2 też pochodzi z tej miejscowości

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *