Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 4)

To nowy cykl, w którym przedstawiamy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowic (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.
Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski.W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.
Brzozdowce – niewielkie miasteczko liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków (837 osób), Ukraińców (podobna liczba), a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i niewielu Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.
Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).
Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Jadwiga Abramowicz – „Wspomnienia z Brzozdowiec pozostaną w mej pamięci na zawsze…”
Pani Jadwiga Abramowicz z domu Kłosowska, urodziła się w Brzozdowcach 15 czerwca roku 1935, w rodzinie państwa Władysława i Marii, z domu Wróblickiej. Jej rodzeństwo to starsza siostra Stanisława – po mężu Ślusarz, brat Edmund, siostra Salomea – po mężu Solska, brat Franciszek, siostra Emilia – po mężu Świąc.
Ojciec pani Jadwigi był wykwalifikowanym cieślą, który pracował na różnych budowach województwa lwowskiego.
Mama zajmowała się niewielkim gospodarstwem i wychowywaniem dzieci. Dzielnie jej pomagała w tym ciocia pani Jadwigi, Aniela i jej też wszyscy zawdzięczają zdrowie, życie i wielką miłość jaką nas wszystkich obdarzała.
W Brzozdowcach największą grupę stanowili Polacy wyznania rzymsko – katolickiego (837 mieszkańców), następnie Ukraińcy wyznania greko – katolickiego oraz Żydzi, których było 550.
Cała ta społeczność żyła w zgodzie obok siebie, obok kościoła, cerkwi i synagogi. Nikt nikomu nie przeszkadzał, każda grupa społecznościowa pielęgnowała swoje tradycje, swoje zwyczaje. Zdawało się, że będzie tak zawsze.
Jednak życie rodziny Kłosowskich i mieszkańców Brzozdowiec zachwiała II wojna światowa, a wraz z nią runął cały dotychczasowy ład i porządek. Następowały kolejne aresztowania, wywózka młodzieży na roboty do Niemiec. Wśród nich znalazła się pani Salomea, jako 15 – latka wywieziona na Zachód, która odnalazła się dopiero w 1947 roku, kiedy była już mężatką i miała synka.
Ale też nadszedł czas strachu i grozy, bowiem rozpoczęła się pacyfikacja Żydów. „Jakie to było okrutne, pędzili tych biednych ludzi jak stado bydła za miasto, gdzie ich rozstrzeliwano i wrzucano do wcześniej wykopanych głębokich dołów. Z tej gehenny uratowała się tylko garstka Żydów.” – wspomina pani Jadwiga.
W tym czasie zaczęły organizować się ukraińskie bandy pod hasłem „Niepodległa Ukraina”. Zaczęto likwidować całe polskie rodziny. Zapanował strach wśród Polaków, bo obawiano się, że następnymi będziemy my.
Brat pani Jadwigi, Edmund, wpadł w ręce banderowców i kiedy go prowadzili przez most na Dniestrze, wyrwał się prześladowcom i skoczył do rzeki, by potem ukryć się w zaroślach. Ukraińcy strzelali na oślep za nim. Myśleli, że się utopił. Pan Edmund dobrze pływał i to uratowało mu życie. Przez długi czas ukrywał się, bojąc się nawet sąsiadów, żeby go nie wydali.
Był też czas taki, że w miejscowym kościele, który stoi do dziś, przez dłuży okres polscy mieszkańcy Brzozdowiec i okolic tam nocowali. Mężczyźni pełnili warty uzbrojeni w siekiery, młoty i co popadło, po to by nie dopuścić do kościoła rozjuszonych i pewnych siebie band ukraińskich. „Horror przeżyliśmy w październiku 1944 roku. – wspomina pani Jadwiga. Do miasteczka wkroczyła partyzantka w liczbie około 100 ludzi złożona z Polaków, Rosjan, Niemców, Węgrów i Romów. Rozeszła się wieść, że mają się połączyć z banderowcami i raz na zawsze skończyć z polskimi mieszkańcami Brzozdowiec. Partyzanci nawiązali kontakt z dowództwem UPA i nam pozostało się tylko modlić i przygotować na niechybną śmierć. „Upowcy” nie zorientowali się, że był to tylko podstęp. Odkryli swoje kryjówki i w ten sposób zostali aresztowani, a ich przywódca podciął sobie żyły.” – dalej wspomina.
Przyszedł rok 1945, kiedy Polacy zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron, swoją ojcowiznę.
Ojciec pani Jadwigi wraz z kolegami także z Brzozdowiec: Franciszkiem Kotem i Michałem Ciurą, wracając z frontu zostali przeniesieni do jednostki wojskowej w Kamieniu Pomorskim. Dowódca poinformował ich, że jako osadnicy wojskowe mogą sobie w tych okolicach wybrać gospodarstwo. I tak trafili do Trzebieszewa.
16 października tego roku Polacy opuszczają swe domostwa w Brzozdowcach i przy pomocy sąsiadów Ukraińców, załadowują się do wagonów na stacji kolejowej w Chodorowie, gdzie dosłownie koczowali około dwóch tygodni. Rodzinie Kłosowskich trafił się wagon zwany lorą, dlatego trzeba było jakoś zmontować prowizoryczny dach.
„Do wagonu zwykle przydzielano 4 – 5 rodzin. I tak my znaleźliśmy się w wagonie w osobach moich rodziców, siostry z mężem, jej teściowie, ciotka Aniela oraz cztery inne rodziny. Było trudno znieść tą ciężką i trudną podróż, a dla samych dzieci była to w pewnym sensie przygoda.
Pamiętam taki moment, kiedy pociąg się zatrzymał po raz kolejny, wyszłam trochę dalej na inne tory nagle gwizd, pociąg rusza. Dobrze, że w pobliżu był mój starszy brat, który w ostatniej chwili chwycił mnie i wrzucił do wagonu gdzie jechały krowy i konie. Bałam się, że zostanę przez nie stratowana.” – po raz kolejny przypomina sobie pani Jadwiga.
Dojechali do miejscowości Łabędy, gdzie rozlokowano ich w barakach i czekali tutaj kolejne dwa tygodnie na podstawienie transportu. Wagony były już kryte. Dojechali do Golczewa, bo dalej torów już nie było. Stąd furmankami i pieszo rozwożono kolejne rodziny po okolicy.
Rodzina Kłosowskich, ksiądz proboszcz Michał Kaspruk, kościelny – pan Sanocki z rodziną, pan Berezowski z rodziną i jeszcze wielu innych, przyjechali do podkamieńskiego niewielkiego Trzebieszewa. Była Wigilia 24 grudnia 1945 roku.
W Trzebieszewie działała już wówczas piekarnia, którą prowadził niejaki pan Bolesta. „Smak tamtego chleba wspominam do dzisiaj. Był wspaniały, wręcz wyśmienity.” – mówi z rozrzewnieniem pani Jadwiga.
Pan Kłosowski jako osadnik wojskowy otrzymał ziemię, gospodarstwo, piękną Unrowską (słynne dary z Zachodu – UNRA) klacz. Tu stanowili siedmioosobową rodzinę, a więc państwo Kłosowscy, ciotka Aniela, bracia Edmund i Franciszek, siostra Salomea i pani Jadwiga.
Młodsi poszli do szkoły, starszy brat zaczął pracę w Samopomocy Chłopskiej. Wszyscy bez wyjątku pomagali na gospodarstwie.
W Trzebieszewie działała 6 – cio klasowa szkoła, gdzie uczyły się dzieci i starsza młodzież. Jak przyznaje pani Jadwiga, byli też wspaniali nauczyciele. Bardzo oddani swemu powołaniu. „Jedną z nich była pani Jadwiga Iwaszczyszyn, siostra nieżyjącego pana Jana Iwaszczyszyna – animatora kultury, muzyka, kompozytora i malarza zarazem. Była utalentowana jak jej młodszy brat. Prowadziła bardzo ożywione życie kulturalne w naszej miejscowości. Założyła też teatr, gdzie występowała starsza młodzież. Wystawiali sztuki teatralne nie tylko w Trzebieszewie, ale i po okolicznych miejscowościach.” – wspomina nasza bohaterka.
Ojciec pani Jadwigi zorganizował zespół chóralny. W Brzozdowcach śpiewał w chórze kościelnym prowadzonym przez organistę o nazwisku Kordal.
Młodzież ćwiczyła w domu państwa Kłosowskich śpiewając przede wszystkim pieśni kościelne.
Tu też był punkt biblioteczny, który prowadził ojciec pani Jadwigi. Zainteresowanie było duże. Wiadomo, nie było ani radia, ani telewizji.
Pani Jadwiga ukończyła sześć klas w Trzebieszewie, siódmą w Kamieniu Pomorskim, po czym pojechała do Złocieńca, by uczyć się w Technikum Ekonomicznym, kończąc je w roku 1954.
Następnie dostała nakaz pracy w Koszalinie, ale ona chciała być przy rodzinie. Ostatecznie uzyskała zgodę odpowiedniego organu i zaczęła pracować w księgowości w Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Kamieniu Pomorskim.
Tu poznała przyszłego męża, pana Tadeusza Abramowicza, z którym wzięła ślub 27 października 1957 r. przed ołtarzem kamieńskiej katedry, a ślubu udzielił im ks. Michał Kaspruk, proboszcz jeszcze z Brzozdowiec.
Po urodzeniu syna Dariusza przyszedł czas na urlop macierzyński, a potem podjęła pracę w służbie zdrowia.
Pracowała też jako główna księgowa w ZOZ. W między czasie podnosiła swoje kwalifikacje w Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego w Warszawie i zostaje dyrektorem do spraw administracyjno – ekonomicznych ZOZ. Na emeryturę przeszła w roku 1991 roku i została… księgarką. Nadarzyła się okazja odkupienia księgarni mieszczącej się nieopodal dworca PKP w Kamieniu Pomorskim, którą prowadzi po dzień dzisiejszy.
„W 1995 r. we wrześniu uczestniczyliśmy w pierwszej pielgrzymce do Brzozdowiec zorganizowanej przez ks. Olgierda Ostrokołowicza. Wtedy też zawieźli tam kopię cudownego obrazu, którego oryginał znajduje się od lutego 1946 roku w kamieńskiej Katedrze, przywieziony wraz z repatriantami z dalekich Brzozdowiec.” – mówi pani Jadwiga.
Łącznie odbyło się takich pielgrzymek cztery w których łączeni uczestniczyło około 200 osób. Dla każdego pielgrzymka była wielkim przeżyciem i satysfakcją, bo i atmosfera była rodzinna i bardzo miła. I fakt poznania miejsca życia swoich przodków, a także dla tych żyjących brzozdowiaków wspomnienie ich młodych lat, były czymś niezwykłym i bardzo ważnym.
Dzięki wydatnej pomocy obecnego proboszcza kamieńskiej parafii, ks. kanonika Dariusza Żarkowskiego, i przede wszystkim z jego inicjatywy, swego czasu powołano tzw. Zespół Powołania Sanktuarium w Katedrze w Kamieniu Pomorskim, z racji posiadania przez tę świątynię Cudownego Obrazu Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Boskiej Bolesnej.
Ostatecznie Sanktuarium powołano 14 września 2010 roku, i właśnie tego dnia, od tamtego czasu odbywają się tutaj msze św. i odpust, w intencji tego właśnie Obrazu.
Miwa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *