Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 13)

To nowy cykl, w którym przedstawiać będziemy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowic (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.

Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski.

W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.

Brzozdowce – niewielkie miasteczko liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków, Ukraińców, a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.

Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).

Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Stanisława Maria Garbalińska – „Choć w życiu bywało mi bardzo ciężko, i los mnie nie rozpieszczał, jednak nie żałuję przeżytych tych wszystkich lat…”

Od wielu lat warszawianka, Stanisława Maria Garbalińska (nazwisko po drugim mężu), urodziła się w Brzozdowcach, 15 września 1940 roku, w rodzinie Szczepana Kochmana oraz Jadwigi z domu Ślusarz. Ma dwie siostry, które urodziły się już na Ziemiach Zachodnich: Rozalię (Jarecka), urodzoną w 1947 roku w Trzebieszewie oraz urodzoną w Kamieniu Pomorskim w roku 1955, Urszulę (Mikołajczyk).

Sama  urodziła się w domu rodzinnym, który zaprojektował i wybudował na sporym wzgórzu jej ojciec. Poród odebrała jej babcia, Maria Ślusarz.

Ojciec pani Stanisławy, Szczepan, urodził się w 1903 roku, w Karlówce koło Bóbrki, województwo lwowskie. Przed wojną pracował na kolei, zaś jej mama zajmowała się domem i wychowywaniem małej Stasi. Jej mama, Jadwiga urodziła się w roku 1910.

Dom był jak mówi sama, piękny i wyjątkowy w całej okolicy. Murowany, kryty dachówką i z oknami typu weneckiego, co wzbudzało nie mały podziw miejscowych. Obok stała niewielka obórka i stodoła, dla jednej krowy i licznego drobiu. Była też bardzo głęboka studnia w obejściu.

Pani Stanisława wie wiele o Brzozdowcach, panujących tam nastrojach, trudnej, powojennej podróży na Ziemie Odzyskane, przede wszystkim z opowiadań swoich rodziców, jak i rodziny, stąd jej opowieść jest nawet można powiedzieć, dość szczegółowa.

Przedwojenne życie w Brzozdowcach upływało raczej monotonnie, mimo że od 1939 roku panowały działania wojenne. Najpierw, we wrześniu ‘39 przyszli Rosjanie, potem w czerwcu 1942 roku, z zachodu, kolejni najeźdźcy, Niemcy.

Społeczność brzozdowiecka złożona w mniej więcej równej części Polaków oraz Ukraińców, a także niewielu Żydów, żyła w dobrej komitywie i w zgodzie. Jednak z biegiem czasu wrogość Ukraińców do Polaków wzrastała dosłownie z każdym mijającym miesiącem.

Było sporo rodzin mieszanych. To Polak ożenił się z Ukrainką, to znów Polka wyszła za mąż za Ukraińca. Wcześniej i dotąd, nikomu nic nie przeszkadzało, a życie toczyło się spokojnie, monotonnie.

W pewnym momencie wbijanie do głów Ukraińcom, co czynili Niemcy, tego że po wojnie powstanie Wolna Ukraina, wyzwoliło w nich ogromną pewność siebie, wrogość do nie – Ukraińców, i tego, że nie tolerowali żadnej innej nacji, jak tylko swoją.

Pewnego dnia, a było to jesienią 1942 roku, do domu Kochmanów przyszła potajemnie pewna Ukrainka, i oznajmiła, że tej właśnie nocy przyjdą Ukraińcy, po to, by pana Szczepana zamordować. Powinien więc jak najszybciej uciekać.

Jak się ściemniło, pan Szczepan, polnymi ścieżkami przedostał się do Bóbrki. Niestety tam schwytali go Niemcy i wywieźli w głąb Rzeszy, a dokładniej, do Stuttgartu, gdzie przebywał do zakończenia wojny.

Po jego zniknięciu, wraz z mamą uciekając przed tak zwaną „Rzezią ukraińską”, małą Stasia opuściła rodzinny dom, udając się do jej babci, a mamy jej mamy, na Hranki Kuty.

Tam mieszkała już mama pani Haliny Januszkiewicz o której pisaliśmy w jednym z odcinków naszego cyklu (6 odcinek), jak również brat pani Jadwigi, August Ślusarz.

W Hrankach Kuty też było niespokojnie. Dlatego ona ze swoją mamą, przeniosła się do Sichowa, położonego 3 km od Lwowa (obecnie w granicach Lwowa, zwanym też jego „sypialnią”), i zamieszkały u siostry pani Jadwigi, Pauliny Granat.

Po pewnym czasie i w Sichowie zaczęło być niespokojnie, bowiem był bombardowany przez lotnictwo. Koło domu wybudowany był nieduży schron przeciwlotniczy pod rozłożystym drzewem orzecha włoskiego, gdzie wszyscy domownicy kryli się podczas trwania nalotów.

„Pamiętam, jak wchodziliśmy na pobliskie wzgórze w Sichowie, by obserwować rozminowywanie Lwowa. Widziałam ogromne słupy wyrwanej ziemi, które „wybuchały” wysoko w powietrze.” – wspomina bohaterka tego odcinka cyklu.

Po pobycie w Sichowie obie z mamą udały się ponownie Hranki Kuty, do rodziców pani Jadwigi, a dziadków pani Stanisławy. Było to w roku 1944.

Tu niestety też było niespokojnie. Często nocowali w pobliskim zagajniku, gdzie jej mama trzymała ją – jak to mówi, „pod spódnicą”. Dlaczego? Otóż Ukraińcy jak spotkali polską matkę z dziećmi, zwykle mordowali potomstwo, zazwyczaj… wbijając nóż w małą, bezbronną pierś.

„Mama troszczyła się o mnie i bardzo się bała, żeby nic mi się nie stało. Pamiętam, siedząc w tym zagajniku, w ciszy słyszałam cykanie świerszczy. Dopiero wczesnym rankiem wracałyśmy do domu. Dziadek był na tyle odważny, że noce spędzał w domu.” – opowiada pani Stanisława.

Będąc u dziadków pani Stanisławy, obie z mamą bywały potem w Brzozdowcach. Pamięta, że były pewnego razu u rodziny Szymańskich, która po wojnie też trafiła na Ziemię Kamieńską. Wtedy, a było to w nocy, obserwowali łuny pożarów palonych polskich zabudowań.

„Pamiętam jak mama mówiła: To na pewno w Laszkach Górnych palą się moje zabudowania gospodarskie.” – wspomina. Po kilku dniach była tam z mamą, na pogorzelisku. Ich dom ocalał, ale spalona była obórka i stodoła. W rowach leżały pozabijane konie. Widok był  okropny.

Jej dziadkowie byli szanowanymi ludźmi w całej okolicy. Babcia odbierała porody, a dziadek był i sadownikiem, i pszczelarzem, i leczył zwierzęta inwentarskie. Był po prostu miejscowym weterynarzem.

Prawdą jest też to, że rodzina Ślusarzów była bardzo liczna. Jej mama była dwunastym dzieckiem, a jej babcia urodziła w sumie czternaścioro dzieci. Na szczęście Ukraińcy nie zamordowali żadnej osoby z tej licznej rodziny.

Nastał kolejny trudny rok, rok 1945. Pewnego razu, a było to już po zmierzchu, kiedy noc była pogodna i gwiaździsta, dziadek wziął ją na pole w nieskoszone jeszcze zboże. Jej mama, babcia i ciotka Stanisława z małą Halinką (dziś Januszkiewicz), poszły do stodoły, biorąc ze sobą pościel, spać na sianie.

Ona sama musiała siedzieć cichutko, niczym myszka. W pewnej chwili jej dziadek szepnął: „Już jadą.” I rzeczywiście, na podwórze wjechały furmanki z Ukraińcami. Po chwili usłyszeli brzęk wybijanych szyb, a z zabudowań gospodarczych rozlegał się przeraźliwy kwik świń, ryk krów i gdakanie kur. „To było przerażające.” – przyznaje. Na szczęście najeźdźcy nie podpalili domostwa.

Po odjeździe furmanek z ludźmi i dobytkiem dziadków, rano obejrzeli dom. Widok był straszny. Dom był pusty, z powybijanymi szybami, a na podłodze leżały potłuczone i podeptane święte obrazy. „Pamiętam je doskonale. Były to „Serce Matki Boskiej” i „Serce Pana Jezusa”. Duże, kolorowe. Jak byłam w Chicago, to kupiłam miniaturki tych obrazów i wiszą one w moim domu nad posłaniem. Ile razy na nie patrzę,,  to mi przypominają te potłuczone i zbeszczeszczone u dziadków.” – opowiada pani Stanisława.

Pamięta, że jej dziadek powiedział wtedy: „Nawet brzytwę mi zabrali, którą chowałem w belce przed moimi dziećmi i wnukami. To musiał być jakiś znajomy Ukrainiec, który o tym doskonale wiedział”.

Jej wujek, August Ślusarz, był w tym czasie w partyzantce, która przechwyciła owe furmanki ze zrabowanym dobytkiem dziadków. Wuj rozpoznał zagrabione rzeczy, które zostały powrotem odwiezione. Powiedział też, że Polacy zbierają się w Chodorowie, żeby uciekać na dalekie i nie znane Ziemie Odzyskane, w ramach repatriacji. Był wrzesień 1945 roku.

Zabrali co się dało. Zwierzęta, dobytek, jakieś niewielkie meble, worki ze zbożem, i pojechali z wieloma polskimi rodzinami na dworzec kolejowy w Chodorowie, gdzie warunki sanitarne i noclegowe były fatalne. Okazało się również, że trzeba będzie tutaj niestety długo koczować.

Ona z kuzynką Halinką (dziś Januszkiewicz), była najmłodsza. Obie dość mocno chorowały. Jej mama, z ciotką Stanisławą, wynajęły niewielkie lokum u niejakiej pani Tęczowej w mieście, niedaleko obozowiska brzozowian. I bardzo często ją, leżącą, osłabioną, doglądały.

Jej ciotka Paulina, powiedziała nawet do jej mamy, a swej siostry: „Jadwisiu, ale tej chorej Stasi to ty nie dowieziesz! Daj Boże, żeby wyzdrowiała.” Szczęściem, wola boża była silniejsza.

Tam, w Chodorowie tkwili dobrych kilka tygodni. Wreszcie podstawiono dla nich wagony – lory. By ocieplić liche, zdezolowane wagony, mężczyźni obijali na tyle, na ile było to możliwe, ściany matami słomianymi. Załadunek trwał kilka dni.

„Pamiętam naszego brzozdowieckiego księdza, Michała Kaspruka, który idąc pewnego razu w czarnej sutannie, powiedział donośnie: „Zbierzcie ze mnie te wszy!” To prawda, w takich warunkach jakich przyszło nam tam koczować, wszyscy byli zawszeni, i tak to trwało niestety całą podróż. Pamiętam, że po przybyciu do Trzebieszewa, odwszawiali nas bardzo szkodliwym proszkiem DDT w miejscowej szkole”. – wspomina smutno pani Stanisława.

Ruszyli w daleką podróż na zachód, w nieznane. Mała Stasia leżała na workach ze zbożem, w zatłoczonym, zimnym, śmierdzącym wagonie, gdzie były też… krowy.

W długiej podróży było wiele przystanków. Często wyładowywali się nocując w jakichś opuszczonych halach fabrycznych. Stawali też dość często na bocznicach kolejowych.

Mała Stasia ciągle była chora i słaba. By iść po zupę – zwykłą lurę, mama dała jej jakiś kijek do ręki, a ona powoli idąc, snując się na nogach, drugą ręką trzymała się nadpalonej ściany. Musiała dojść do tej zupy, bo była po prostu bardzo głodna.

Matka bardzo opiekowała się i troszczyła o córką. Robiła dosłownie wszystko, żeby jak najszybciej wyzdrowiała, żeby jej jak najszybciej ulżyło. Dziś ten wyczyn mamy, ona sama uznaje za wielki heroizm. „W ogóle ta podróż to był istny koszmar. Aż dziwię się, że chorując jakoś to przetrwałam i zniosłam.” – przyznaje po kilkudziesięciu latach od tamtego czasu.

Wreszcie dotarli do niewielkiego Golczewa (Goliszewem wówczas zwanym), bo tu się po prostu skończyły tory kolejowe. Przyjechali różnymi sposobami do małego Trzebieszewa. One zatrzymały się u jej dziadków, gdzie czekały na nie… dwie duże bańki wypełnione mlekiem oraz pełna wanna… ryb. Doskonale to pamięta, bo była to Wigilia Bożego Narodzenia roku 1945.

Po świętach obie przeniosły się do siostry mamy, Stanisławy Nebesnej, której mąż, Jan, był jej chrzestnym.

Niespodziewanie i zaskakująco, Święto Trzech Króli w styczniu 1946 okazało się niezwykle szczęśliwym dniem dla niej i jej mamy. „Zobaczyłam przez okno… swego tatę, jak zbliżał się do nas. Powitaniom i radości nie było końca. To był naprawdę szczęśliwy i piękny dla nas dzień.” – wspomina.

Następnego dnia, ojciec zajął ostatnie niezamieszkane zabudowania we wsi, stary dom pod strzechą, gdzie brakowało kilku szyb i oczywiście mebli, a w ogrodzie były tylko liczne doły po wykopanych m. in.: naczyniach stołowych, których skorupy  tylko walały się wokoło.

Niemcy uciekając na Zachód, zakopywali co cenniejsze rzeczy, nawet tak robili w grobach na cmentarzu.

Ciężko się wszystkim po wojnie, na nowym, nieznanym miejscu, żyło. Dosłownie wszystkiego brakowało. Przed ich przyjazdem na Ziemię Kamieńską, wojskowi osadnicy i tak zwani „centralacy”, dosłownie wszystko rozszabrowali i w dużej części zdewastowali. Niewiele czegokolwiek zostało. Dobrze, że były jeszcze w jako taki stanie, zwykle puste domy.

W ramach repatriacji, jej rodzice otrzymali osiem hektarów ziemi i łąk. Z pomocy zachodniej UNR – owskiej, dostali pochodzącą z Danii, krowę, bez rogów, którą ochrzcili imieniem, Krasula. „O niej napisałam wiersz zatytułowany „Mama, pierogi i ta Krasula bez rogów”, który swego czasu został wydrukowany w chicagowskim kwartalniku literackim, „Dwa Końce Języka.” – wspomina pani Stanisława.

„Pamiętam, że chodziłam w dwóch różnych butach pozostawionych przez Niemców, a nogi, szczególnie jesienią i zimą, owijałam onucami. Po dojściu do szkoły były już mokre, więc je suszyłam przy otwartym palenisku pieca kaflowego w klasie, na co pozwalała moja nauczycielka.” – opowiada, przypominając sobie dawne czasy nasza rozmówczyni.

W Trzebieszewie powstała szkoła podstawowa z sześcioma klasami łączonymi, bo brakowało nauczycieli. We wrześniu roku 1946, pani Stanisława, mała dziewczynka, chodziła do szkoły jako wolna słuchaczka. Stała się szybko jej uczennicą, którą to szkołę oczywiście ukończyła. A uczyła się bez zarzutów.

Pamięta, że ojciec pilnował ją żeby pisała pięknie i kształtnie, nie wyciągając literek poza linijki. Efekt był taki, że ucząc się dużo później w kamieńskim Liceum Pedagogicznym, w konkursie pięknego pisania, zajęła pierwsze miejsce, i dostała, jak pamięta, piękną książkę, zatytułowaną „Stara Baśń” – Józefa Ignacego Kraszewskiego.

Samo życie w powojennym małym Trzebieszewie, choć było biedne, to jednak, jak wspomina pani Stanisława, całkiem ciekawe. Dla przykładu, po nabożeństwie w kościele, młodzież zwykła grywać na przykład w siatkówkę, a rodzice siadali na trawie i kibicowali.

Oprócz kościoła, w wiosce był sklep, sala widowiskowa, mleczarnia, zlewnia mleka, piekarnia. Był też sołtys. Jej ojciec, który był też fotografem, często utrwalał aparatem fotograficznym różne rzeczy i zdarzenia, a następnie w domu wywoływał klisze, zasłaniając okna w jednym z pokoi.

A w ogóle, pan Szczepan Kochman, który zmarł w wieku 67 lat w listopadzie 1970  roku w Szczecinie, parał się różnymi zawodami. Był elektrykiem, tkaczem, zegarmistrzem, wspomnianym fotografem, jak też muzykiem. Studiował w wolnych chwilach podręczniki z fizyki i astronomii. Te dziedziny wręcz go fascynowały, co okazało się, że one właśnie zaszczepiły się, jak się okaże, w jego córce.

Choć ojciec miał ziemię w Trzebieszewie, nie miał niestety jakiejś większej smykałki do rolnictwa, uprawiania roli. Co ciekawe, bał się… konia. Dlatego, jak tylko miał okazję czy sposobność, wyjeżdżał za pracą zarobkową.

Pani Stanisława po ukończeniu sześciu klas, siódmą, ukończyła w odległym o 7 km Kamieniu Pomorskim, chodząc najczęściej w jedną stronę pieszo.

Potem została przyjęta do również kamieńskiego, Państwowego Liceum Pedagogicznego. I zamieszkała w internacie.

Jej nieodżałowany wychowawca, prof. Jan Meisenhelder, który uczył ją matematyki, rysunków i prac ręcznych, namówił ją na kierunek rysunek i prace ręczne, a nie na matematykę. Powiedział jej wprost: Jako nauczycielka, będziesz też żoną i matką, i będzie ci potrzebny czas dla rodziny. Posłuchała go, i jak mówi dziś, to był błąd.

Po ukończeniu czwartej klasy okazało się, że Ministerstwo Oświaty przedłużyło naukę o rok. Wtedy też nadarzyła się okazja zaliczenia matury połączona z egzaminem wstępnym na wybrany kierunek studiów. Studia ukończyła w roku 1962.

Ucząc w Szkole Podstawowej nr 2 w Kamieniu Pomorskim, przede wszystkim prac ręcznych w pracowni, która mieściła się w ciasnej suterenie, gdzie było wiele elektrycznych maszyn, w ciągu dnia nie widziała wiele słońca. Jej koleżanki – nauczycielki, miał pod tym względem dużo lepiej. Wtedy też postanowiła, jak nadarzy się okazja, to się przekwalifikuje.

W maju 1958 r. były Inspektor Szkolny w Kamieniu Pomorskim, Feliks Czuryło, znając jej trudną sytuację rodzinną, polecił jej pracę nauczycielki w szkole w Stuchowie. Pracowała tam od 28 maja 1958 r.

Jej mama zaczęła mocno chorować i trafiła do szpitala, dlatego przeniosła się do pracy w szkole w Trzebieszewie, żeby dodatkowo opiekować dużo młodszymi siostrami. Jak mówi, był to dla niej bodajże najcięższy okres w jej życiu.

Wcześnie rano wstawała, doiła cztery krowy, zanosiła w ciężkich wiadrach mleko do pobliskiej zlewni, potem karmiła świnie i kury, a następnie robiła śniadanie dla sióstr i siebie.

Po pracy musiała wyrzucać gnój z obory, przygotować obiad i uszykować się na następny dzień do pracy.

„Dziwię się, że temu wszystkiemu jakoś podołałam. Było mi naprawdę bardzo ciężko.” – wspomina.

Wyszła za mąż za Czesława Sakowicza w styczniu 1958 r., kolegę z liceum. W listopadzie 1960 roku urodził się jej syn, Piotr.

1 września 1959 roku zaczęła pracować w kamieńskiej Szkole Podstawowej nr 2, a w październiku tego roku dostała kawalerkę. W listopadzie z wojska wrócił jej mąż i zaczął pracować w tej samej placówce co ona.

Od stycznia 1960 roku kontynuowała studia w Szczecinie na Studium Nauczycielskim dla pracujących w kierunku rysunek i prace ręczne, które ukończyła w roku 1962. Jak wspomina, na obronę pracy dyplomowej w lipcu 1962 roku w Szczecinie pojechała z… półtorarocznym synkiem i siedmioletnią siostrą, Urszulą.

Ciężkie to były dla niej czasy – praca w szkole, noszenie dziecka do opiekunki, studiowanie z dojazdami do Szczecina co dwa tygodnie, śmierć w kwietniu 1962 r. jej 42 – letniej mamy.

Od pierwszego września 1963 roku pracowała w kamieńskim Liceum Pedagogicznym pod okiem swego byłego wychowawcy.

Następnie od lipca 1966 roku, pracowała w Banku Rolnym w Kamieniu Pomorskim, by się przekonać, czy jest zdolna do wykonywania innej pracy. Tu przepracowała sześć lat.

W latach 1968 – 70 studiowała finanse, a w 1972 roku przeprowadziła się z pierwszym mężem, który był wojskowym, do Dziwnowa.

Tu w szkole „Tysiąclatce” wraz z rozpoczęciem roku szkolnego 1972/73, uczyła chemii i fizyki, bo był akurat wakat po nauczycielce, która poszła na urlop macierzyński. Tu uczyła trzy lata.

W 1968 roku wyszła za mąż po raz drugi, za Edmunda Garbalińskiego, również wojskowego, a zarazem nauczycielem języka francuskiego. Rok potem urodziła syna Krzysztofa.

W 1973 roku została skierowana na roczny kurs przygotowawczy na studia z fizyki w Szczecinie.

W następnym roku podjęła studia, ale w Zielonej Górze, gdzie dojeżdżała. Była to Wyższa Szkoła Pedagogiczna.

Te ścisłe przedmioty jak mówi, „leżały jej”. „Muszę się pochwalić, że pod koniec roku szkolnego 1974/75 zajęłam pierwsze miejsce z fizyki i z chemii. Fajne to były wyróżnienia.” – przyznaje po latach.

Jej syn Piotr, ukończył jako prymus w roku 1984 warszawską Wojskową Akademię Techniczną i jest dziś cenionym elektronikiem.

Los chciał, że w roku 1975 przeprowadziła się z mężem do stolicy, gdzie mieszka do dziś. Proponowano jej pracę, ale gdzieś na prowincji. Z mężem uzgodniła, że ona zajmie się wychowywaniem synów, podejmując jednocześnie studia wieczorowe na Uniwersytecie Warszawskim. I tak też się stało.

8 czerwca 1978 roku obroniła pracę magisterską na Wydziale Spektroskopii Jądrowej z oceną dobrą.

Dopiero po ukończeniu studiów wyższych, a konkretniej fizyki, wreszcie dowartościowana, dostała propozycję pracy w Zespole Szkół Kolejowych w Warszawie, z której oczywiście skorzystała, a do pracy miała… trzy minuty drogi z domu.

Uczyła w tej placówce szkolnej do roku 1992, a więc do czasu przejścia na zasłużoną emeryturę. Ale jeszcze potem, dopracowywała w innych szkołach średnich. Pracowała też bardzo wiele społecznie.

Przyznaje, że jest osobą jak najbardziej dowartościowaną, także życiowo, choć dzieciństwo było okropne przez zawieruchę wojenną. Jest docenianą, wynagradzaną i odznaczaną Osobowością, która, co przyznaje, często tęskni za Trzebieszewem, Kamieniem Pomorskim, rodziną i wieloma swoimi znajomymi, których ma całkiem sporo.

Miwa

 

 

 

Jeden komentarz na temat: Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 13)

  1. sts napisał(a):

    przepięknie – Miwa- nie kończ tego cyklu- przecież jeszcze da się dalej historię pociągnąć za język

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *