Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 12)

To nowy cykl, w którym przedstawiać będziemy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowic (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.

Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski.

W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.

Brzozdowce – niewielkie miasteczko liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków, Ukraińców, a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.

Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).

Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Michał Burlikowski – „Choć byłem malutki jeszcze w Brzozdowcach, to jednak wiele wiem z przekazów rodziców…”

Blisko 76 – letni Michał Burlikowski urodził się na dalekich, wschodnich wówczas polskich Kresach, w niewielkich, spokojnych niegdyś, Brzozdowcach, zwanych z języka ukraińsko – Berezdiwka, dokładnie 18 września roku 1940.

Jego rodzice to: Jan (zmarł w roku 1951) oraz Aniela z domu Niedźwiedzka (zmarła w roku 1982). Ma starszego o trzy lata brata, Edwarda, mieszkającego w jednej z miejscowości, też pod Kamieniem Pomorskim.

Rodzice prowadzili przed wojną niewielkie gospodarstwo, a cała rodzina mieszkała w murowanym domu, który jak się okazuje, stoi, i jest zamieszkały do dnia dzisiejszego.

Ojciec Pana Michała, Jan, był znakomitym fachowcem w murarce i pracował u swego szwagra. Był bardzo szanowanym robotnikiem, bo na robocie znał się jak mało kto.

Rodzinie Burlikowskich przed wojną nie żyło się wcale źle. Jakoś wiązali koniec z końcem. Coś nawet odkładali na jakąś przysłowiową „czarną godzinę”.

Brzozdowce (ukr. Berezdiwka), w których mieszkało bardzo wielu Polaków, ale też w podobnej liczbie Ukraińców, oraz w mniejszej liczbie Żydów, jakoś żyli obok siebie w całkiem pełnej harmonii i ogólnej zgodzie. Częstokroć bywało tak, że nacje mieszały się poprzez małżeństwa, tak jak było to w przypadku dwóch ciotek pana Michała, które przed wojną wyszły za mąż za Ukraińców.

Jednak „nostalgia” i harmonia oraz spokojne czasy, jakaś przy tym zgodność między nacjami Brzozdowiec, trwała jak się okazało, do pewnego czasu. W 1941 roku przyszli z zachodu Niemcy wypierając w Operacji „Barbarossa” Rosjan. I co się okazuje, sami Ukraińcy, mieszkańcy Brzozowiec, byli od tego czasu coraz bardziej wrogo nastawieni do innych niż ich, nacji. Nie wiedzieć czemu, nie lubili przede wszystkim Polaków, choć żyli obok siebie zapewne od wielu pokoleń. Bezkompromisowo. Wrogość do naszych rodaków następowała dosłownie z każdym miesiącem.

Pod koniec wojny, już kiedy do miasteczka weszli Rosjanie (1944 r.), jak opowiada pan Michał pamiętając z przekazów rodziców, było też tak, że polskie rodziny nawet bez mała, trzy kolejne po sobie noce, spędziły w kościele (dzieci i kobiety), a mężczyźni z bronią lub bez, pilnowali kościoła, by nie przyszło jakieś licho. Czytaj wściekli i nie wiedzieć czemu, bezduszni Ukraińcy. Ci nie owijali niczego w bawełnę, doprowadzając nawet do śmierci wielu polskich brzozdowiaków.

W 1942 lub 1943 roku, Niemcy zabrali wraz z wieloma innymi i mężczyznami i kobietami  ojca pana Michała, Jana, na roboty do Niemiec, gdzie pracował u pewnego bauera. Nikt z rodziny nie wiedział przez bardzo długi szmat czasu, gdzie ostatecznie jest i czy jeszcze żyje.

Pod koniec działań wojennych wraz z szesnastoma odważnymi i dzielnymi kompanami, pan Jan uciekł w zaplanowanej dużo wcześniej ucieczce, udając się przede wszystkim nocami, i kierując na wschód, w kierunku do swoich. Ale po jakimś niedługim czasie zgromadzone wcześniej zapasy żywności skończyły się, zostały tylko kostki cukru. Jedli je tak dla oszukania swoich żołądków.

Ostatecznie musieli się odkryć, ujawnić, a zrobili to przed radzieckim wojskiem. Rosjanie na  początku nie bardzo wierzyli w to co opowiadali uciekinierzy. Jednak ostatecznie dali się przekonać.

Pan Jan, podobnie jak kilku jego kolegów z ucieczki, po krótkiej namowie i po odpowiednim nie długim przeszkoleniu, został wcielony do radzieckiego wojska. Walczył gdzieś na dzisiejszych terenach Niemiec, ale dokładnie nie wiadomo, bo sam nie był skory po powrocie do wspomnień wojennej tułaczki. Wrócił do rodzinnego domu, ku wielkiej radości stęsknionej i załamanej żony i synów. A było to na początku września 1945 r.

W Brzozdowcach atmosfera była coraz bardziej napięta i gorąca, a to przede wszystkim dzięki buńczucznym, wojowniczo nastawionym i wręcz chamskim wobec Polaków, Ukraińcom, którzy nie chcieli widzieć w swojej miejscowości „obcych”, czyli naszych rodaków, jak i innych nacji. Bardzo wrogo byli nastawieni do Polaków, którzy byli tą sytuacją wręcz zdezorientowani i zdegustowani. Bali się Ukraińców jak ognia, bo po nich wszystkiego można było się spodziewać. „Rodzice mówili mi, że nie poznawali takich Ukraińców, wrogich, nieobliczalnych wobec nas, Polaków.” – opowiada pan Michał.

W pewnym momencie mieszkający w Brzozdowcach, Franciszek Kot oraz Michał Ciura, zorganizowali wielki wyjazd Polaków tam mieszkających na Ziemie Odzyskane. Wędrówka rozpoczęła się z końcem września 1945 r., w której brał udział m. in. ks. Michał Kaspruk. Pielgrzymi zabrali ze sobą z kościoła Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej. Najpierw dotarli do Chodorowa, gdzie tydzień koczowali czekając na jakiś kolejowy transport. Ostatecznie po ponad dwóch miesiącach tułaczki, obraz dotarł wraz nimi tuż przed świętami Bożego Narodzenia do niewielkiego Golczewa, wówczas zwanego, Goliszewo. Tu też pielgrzymi z kresów mieli Wigilię i święta Bożego Narodzenia.

W Golczewie wielka grupa brzozdowiaków rozpoczęła na własną rękę szukanie osiedlenia się – kierując się w różne kierunki, zajmując opustoszałe domy czy mieszkania, bo tych było sporo opuszczonych przez uciekających wcześniej niemieckich cywilów.

Wielu udało się wraz ze wspomnianym Obrazem do niewielkiego Trzebieszewa, nieopodal Kamienia Pomorskiego. Kilkoro z nich mieszka tutaj do dnia dzisiejszego i w okolicznych miejscowościach.

Najpierw rodzina Burlikowskich zamieszkała w domu przy szkole. Ale po niedługim czasie pan Jan poszedł do władz gminy, które mieściły się w dzisiejszej plebani, z prośba o pomoc w znalezieniu jakiegoś wolnego domu dla jego rodziny. Ostatecznie znaleźli się w okolicy „najważniejszej” krzyżówki drogowej we wsi.

Ojciec pana Michała od końca wojny zaczął chorować, więc jemu przyszło pomagać na gospodarce, jednocześnie chodząc do miejscowej, trzebieszewskiej szkoły. Tu ukończył sześć klas, a siódmą „zrobił” w pobliskim Kamieniu Pomorskim.

Po podstawowej edukacji ukończył Technikum Weterynaryjne we Wrześni, kończąc je w roku 1960.

Zaraz potem upomniała się o niego Armia. W wojsku służył dwa lata. Najpierw w Choszcznie, a potem w Wałczu (bezpośrednie zaplecze Paktu Warszawskiego na ziemiach polskich).

Pamięta, że był rok 1961. Niepewna sytuacja na świecie w związku z groźbą wojny spowodowaną zajściami kubańskimi. Pewna kompania, która miała wychodzić do cywila, zbuntowała się, bo dostali bezterminowy rozkaz pozostania w koszarach. Dowódca nakazał im rozkazem udanie się w teren i powrót za całą dobę. Rozkaz to rozkaz. Poszli, wrócili i… chęć wyjścia do cywila wszystkim przeszła.

W 1962 roku pan Michał podjął pierwszą pracę, a było to w Wojewódzkiej Stacji Oceny Zwierząt, a on sam działał na terenie dzisiejszego powiatu gryfickiego. Potem przeniósł się do Doradztwa Rolniczego, a następnie Zakładu Ochrony Roślin.

Po pewnym czasie przyszła reorganizacja, likwidowanie pewnych etatów i pan Michał stracił pracę w tym zakładzie. A było to w 1999 roku.

Znalazł pracę w hurtowni w Kamieniu Pomorskim w której zatrudniony był do 2002 roku, do czasu przejścia na zasłużoną emeryturę i pracy w wymiarze pełnych czterdziestu lat.

W 1969 roku ożenił się z panią Ireną Kozubowską (cywilny ślub w Kamieniu Pomorskim, zaś kościelny, w Górkach pod Kamieniem).

Pani Irena pochodzi również z Kresów, a dokładniej z Młynowa, powiat Dubno, województwo łuckie. Przyjechała na Ziemie Odzyskane pod koniec 1945 roku, osiedlając się w Górkach. Jej ojciec walczył na tych terenach w polskiej armii i jako osadnik wojskowy znalazł dom i gospodarstwo w Górkach Pomorskich.

Mają dwóch synów, Jacka urodzonego w 1970 roku oraz trzy lata młodszego, Arkadiusza. Państwo Burlikowscy, którzy od bardzo wielu lat mieszkają w pobliżu Kamienia Pomorskiego, są również szczęśliwi z innego powodu, bo mają trzy wnuczki: Adrianę, Maję oraz Natalię.

„Urodziłem się na początku drugiej wojny światowej. Początków jej i jak przebiegała więc nie mogę pamiętać. Ale rodzice dużo nam mówili, opowiadali, wspominali, a my to razem z bratem wszystko utrwalaliśmy sobie w głowach, i układaliśmy z tym, co udało nam się z tamtego okresu zapamiętać. Czasy to były naprawdę straszne rzeczy, lecz my jako dzieci nieco inaczej spoglądaliśmy na wojnę. Ale z perspektywy czasu wielki szacunek oddaję nie tylko moim rodzicom, którzy nas przede wszystkim chronili, bronili i doprowadzili do tego, że wyszliśmy z bratem na przysłowiowych normalnych ludzi.” – oznajmia na koniec naszego spotkania pan Michał

Miwa

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *