Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 11)

To nowy cykl, w którym przedstawiamy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowiec (ukr. Bierezdiwici) (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.

Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski, jak i Golczewo i jego okolice.

W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.

Brzozdowce – niewielkie miasteczko gminne, liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków (837 osób), Ukraińców (podobna liczba), a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i niewielu Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.

Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).

Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Julia Kaszczyszyn – „Mam sentyment do Brzozdowiec i rodzinnego domu, który tam został i już pewnie nie istnieje…”

Pani Julia Kaszczyszyn, z domu Guga, urodziła się w dzisiaj ukraińskich Brzozdowcach, 6 listopada 1941 roku, w rodzinie państwa Władysława (ur. 1912, zmarł w 1961 r.) i Antoniny (ur. 1917. Dziś ma 99 lat i mieszka w Gdańsku, u córki) z domu Wróblicka, którzy także pochodzili z tego ładnego i wówczas spokojnego miasteczka.

Ojciec był młynarzem. Jego brat, Marian Guga też był młynarzem. Pan Władysław pracował w miejscowym młynie, po którym dziś pozostały zarośnięte niewielkie fundamenty. Pracował też w swoim zawodzie w położonym o 60 km, Lwowie. Mama zajmowała się domem, szyła i opiekowała się córkami.

Rodzeństwo pani Julii to: Zdzisława urodzona w 1938 roku, która zginęła tragicznie w 1952 roku, oraz urodzone już na Ziemi Kamieńskiej: Aleksandra, urodzona w roku 1948, i Krystyna, urodzona w 1950 r.

Pani Julia zna przedwojenne, i te wojenne Brzozdowce, daleką, trudną i morderczą podróż, którą przyszło im przebyć, z wielu opowieści swoich rodziców, które przekazywali swoim dzieciom.

Z opowiadań swojej Mamy wie też, że społeczność brzozdowiecka żyła do czasów wojny światowej w zgodzie, ale tak było niestety do czasu. Wszystko z poprawnymi relacjami między nacjami, polską, ukraińską i w mniejszości, żydowską, zaczęło się psuć około roku 1942.

Doszło nawet do tego, że aby ochronić przed nieobliczalnymi i buńczucznymi Ukraińcami swoje rodziny, Polacy na noc umieszczali swoje rodziny, żony, dzieci, starsze osoby, w miejscowym kościele.

Kobiety z dziećmi i „bambetlami” (rodzaj podręcznego, drobnego bagażu. Tak w tamtejszym środowisku je określano), wspinały się po schodach na chór kościelny, i jeszcze dalej, na strych. Tam rozkładały pierzyny, i wszyscy razem tam przestraszeni spali. Natomiast mężczyźni czuwali wokół kościoła przez całe noce.

Pamięta jakby przez mgłę, że jej Mama kazała jej i siostrze Zdzisławie, klękać i modlić się przed snem, po to tylko, by na kolejne jutro szczęśliwie wstać.

W Brzozdowcach, rodzina Gugów sąsiadowała z rodziną ukraińską, z którą żyło im się w całkiem dobrej komitywie. Państwo Gugowie mile te czasy wspominali po latach.

Ale to co się stało potem, było wręcz koszmarem, z którego wiele osób do dziś nie może się otrząsnąć, wspominając tamte czasy sprzed ponad siedemdziesięciu laty.

Jeden z przykładów. Ojciec pani Julii opowiadał, jak pewien Ukrainiec, o nazwisku Biłyj, uratował mu życie. Pan Władysław jako młynarz pracował właśnie w młynie we wspomnianym Lwowie. Co dwa tygodnie, na niedzielę, przyjeżdżał do swojej rodziny. Podróżowało z nim zwykle kilku kolegów wynajętą furmanką. Wówczas przywozili trochę żywności. To było radosne, bowiem był to czas, kiedy nastał ogólny głód.

Pewnego razu, pan Władysław wybierał się do domu, kiedy przyszedł wspomniany, dość przyjacielsko nastawiony Ukrainiec, i powiedział mu w zatajeniu, że ma kategorycznie nie jechać, i musi koniecznie zostać w młynie. Pan Władysław posłuchał go, a ci którzy pojechali do Brzozdowiec, niestety nigdy do nich nie dotarli.

Dopiero po długim czasie, ów Ukrainiec przyznał się, że wiedział wtenczas o planowanym napadzie Ukraińców na tych podróżujących nieszczęsnych Polaków.

Pani Julia wiele dowiedziała się od swoich rodziców i starszych od siebie, o tym jakie były przedwojenne Brzozdowce, jak komu się tam żyło. Wielokrotnie opowieści i wspomnienia rozpoczynały się wieczorami w maleńkim Chrząstowie, gdzie rodzina Gugów osiadła po długiej, męczącej, powojennej podróży.

Późnym latem 1945 roku, państwo Gugowie z małymi córkami, wraz z wieloma innymi polskimi rodzinami, w skutek także nacisków przez Ukraińców, opuszczają swój rodzinny dom, swoje kochane Brzozdowce. Wyruszyli w podróż w nieznane ze stacji kolejowej w niedaleko położonym Chodorowie.

Trudna to była podróż. Insekty, brud, smród, zimno, fatalne warunki sanitarne. I na dodatek, na jednym z postojów, ukradziono im krowę, która dawała przecież jakże życiodajne mleko dla wszystkich, a przede wszystkim dla dzieci.

Ich podróż nie trwała jednak długo, gdyż kiedy dojechali do polskiego Rzeszowa, pociąg ponownie zatrzymał się. Tu na rodzinę Gugów czekał brat Ojca pani Julii, Marian Guga. Bardzo nalegał, by wysiedli w Rzeszowie, a mieszkanie i pracę jakoś się załatwi – mówił i przekonywał.

Niestety nie było tam lekko i różowo. Trzy rodziny ściśnięte w jednym pokoju, i co gorsza, bez pracy. Wcale nieciekawa perspektywa.

Po pewnym, krótkim czasie, pan Władysław dostał pracę w niedaleko położonego od Rzeszowa, Sędziszowie. Dostał tam też niewielkie mieszkano, gdzie przeprowadził się z rodziną.

Jak wspomina pani Julia, bo to właśnie pamięta, pewnego razu była chora. Zaraziła się odrą od swojej starszej siostry.

Pamięta, że bardzo jej się chciało napić zimnej wody. Mama kategorycznie oponowała. „Pamiętam, kiedy nikogo nie było w pokoju, wstałam z łóżka, poszłam do kuchni, i prosto z wiadra napiłam się zimnej wody. Potem byłam niemiłosiernie chora. A wszyscy płakali, sądząc, że po prostu umrę. Jakoś jednak wykaraskałam się z tego, ale strach mnie do dziś na to wspomnienie oblega.” – wspomina pani Julia.

Epizod sędziszowski nie trwał jednak długo. Rodzina Gugów była już w podkamieńskim, Trzebieszewie, stąd państwo Władysław i Antonina zdecydowali bez namysłu, że trzeba jechać na Zachód. Do swoich.

Podróż w wagonach bydlęcych przez cała Polskę trwała i trwała. Prawie w nieskończoność, wydawać by się mogło. Było przy tym zimno, piekielnie zimno. Bo to był okres zimowy. Ale przynajmniej wiedzieli dokąd jadą, bo i na szczęście szlaki kolejowe były już mocno przetarte.

Dotarli wreszcie do swoich i osiedlili się w niewielkim domku w Chrząstowie koło Trzebieszewa, zajętym już wcześniej przez brata pani Antoniny, Franciszka Wróblickiego.

Mieli koło domu trochę ziemi, krowy, konia z amerykańskiej pomocy, UNRA. I co ważne, był tutaj nieczynny; niestety elektryczny młyn, który bardzo wabił pana Władysława. Jakby nie było, z zawodu młynarza.

Ostatecznie młyn w krótkim czasie uruchomiono. Jakiś okres pracował, ale potem, w ramach likwidowania prywatnej inicjatywy, został przez ówczesne władze zlikwidowany.

„Pamiętam moment, kiedy jechaliśmy do naszego domu w Chrząstowie. Wtedy zobaczyłam w ogródku niebieskie kwiatuszki. Był to barwinek, który rozkwita wczesną wiosną. Do dziś pamiętam jego zapach, i ten piękny, jasno niebieski kolor.” – ze wzruszeniem wspomina pani Julia.

Życie rodziny państwa Władysława i Antoniny na Ziemiach Odzyskanych toczyło się spokojnie, chociaż zawirowania, takie jak przymusowe zorganizowanie spółdzielni produkcyjnej, która zupełnie nie miała racji bytu, mocno nadszarpnęła gospodarstwem nie tylko Gugów.

Mieszkańcy, żyjący dotąd w całkowitym spokoju i zgodzie, nagle zaczęli się kłócić dosłownie o wszystko. Na szczęście, po pewnym czasie, spółdzielnię rozwiązano i wszystko jakoś powoli wróciło do normy.

„Nigdy nie ciągnęło mnie tak specjalnie w moje rodzinne strony, chociaż bywały organizowane wycieczki, w których uczestniczyła moja Mama. Owszem, byłam na jednodniowej wycieczce we Lwowie. I pamiętam, kiedy chodziłam po wąskich uliczkach Starego Miasta, pomyślałam, że może są tu ślady stóp mojego Ojca.” – przyznaje wzruszona, nasza rozmówczyni.

W 2009 roku zdecydowała się wziąć udział w pielgrzymce do Brzozdowiec, tam gdzie w istniejącym jeszcze kościele znajduje się replika Cudownego Obrazu Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Boskiej Bolesnej, którego oryginał znajduje się w kamieńskiej Katedrze. Kwaterowali w Rozdole, koło Brzozdowiec.

„Kiedy udaliśmy się do brzozdowieckiego kościoła, w okolicach serca zrobiło mi się ciepło. Przecież w tym kościele moi rodzice brali ślub, a ja byłam tu właśnie chrzczona. Czekałam na moment zakończenia mszy św. I wtedy poszłam na chór zobaczyć, jak wspinałam się na niego jako mała dziewczynka. Tam na górze nie ma już podłogi, są tylko jakieś luźne belki.

Wiem, że po wojnie, wiele lat kościół był zamieniony na magazyn zbożowy, ale po czasie jakoś władze ustąpiły, i jest tu ponownie kościół.

Ponownie byłam w Brzozdowcach trzy lata później. To był maj. Pamiętam, pięknie kwitły drzewa owocowe, a w rowach kwitły dzikie żonkile. Było zupełnie tak, jak opowiadała mi moja Mama.” – opowiada pani Julia.

Dziś Brzozdowce to nie duża i biedna wioska, a krajobraz wokół nich został swego czasu zniszczony przez Rosjan, którzy zbudowali tu duże zakłady produkujące nawozy sztuczne. Zresztą dziś jest ona nieczynna i straszy swym widokiem.

Kiedy pani Julia była w Brzozdowcach, pytała tamtejszych ludzi, szczególnie starszych, gdzie mieszkali Wróbliccy, Gugowie, Szymańscy czy Kłosowscy. Nie wiedzieli. Mówili, że tuż po wojnie zostali przesiedleni tutaj właśnie z terenów Bieszczad.

Tylko jeden mężczyzna pokazał miejsce po przedwojennym młynie, po którym pozostały resztki fundamentów, a rzeczka, która niegdyś przepływała przez miasteczko, dziś jest tylko  zanieczyszczonym rowem.

Kiedy w roku 1959 pani Julia otrzymała swój pierwszy dowód osobisty, w rubryce „miejsce urodzenia”, wpisano „ZSRR”. Jej to wówczas nie przeszkadzało, a nauczycielka od historii w liceum ogólnokształcącym skrzętnie ten temat omijała. „Świadomość, że urodziłam się w Polsce, przyszła z czasem.” – przyznaje pani Julia.

Szkołę podstawową jako sześciolatka rozpoczęła w Strzeżewie, a piątą, do siódmej klasy, kończyła we Wrzosowie. Potem było liceum ogólnokształcące w Rzeszowie, gdzie wówczas mieszkała u swojego wujka.

Po zdaniu matury, jako niepełno osiemnastolatka, a było to w październiku 1958 roku, podjęła pracę w Powiatowej Radzie Narodowej w Kamieniu Pomorskim.

W październiku 1965 roku, w Kamieniu Pomorskim, wyszła za mąż za Bolesława Kaszczyszyna, który pochodził z kresów, a dokładniej z niewielkiej miejscowości, Myszków, nieopodal Zaleszczyk.

„Teściowa opowiadała o okropnościach jakie czynili Polakom podczas wojny, Ukraińcy. Brzozdowce były wówczas dość duże ludnościowo, więc tutaj nie było aż tak strasznie, w porównaniu z tym, co się działo gdzie indziej. Najgorzej było w maleńkich miejscach, gdzie panował terror ukraiński, który szerzył się zewsząd i wszędzie. Straszne to były czasy.” – opowiada pani Julia.

Wkrótce potem państwo Kaszczyszyn przenieśli się do Płot, gdzie oboje otrzymali mieszkanie i pracę w Państwowym Zakładzie Unasienniania Zwierząt.

W 1966 roku urodziły im się bliźniaki (w Trzebiatowie). Są to Monika i Arkadiusz.

Niestety dziewięć lat później umiera pan Bolesław, pozostawiając panią Julię, która odtąd sama musiała wychowywać dzieci.

Samotna, w roku 1978 otrzymała interesującą propozycję pracy w Stargardzie. Ofertę bez większego namysłu przyjęła, i po raz kolejny jako główna księgowa, rozpoczęła pracę w tamtejszym Wojewódzkim Zakładzie Unasienniania Zwierząt. Na zasłużoną emeryturę przeszła w roku 1993.

Pani Julia, która jak zawsze tryska humorem, bo jest z reguły optymistką i kocha życie, chwali się swoimi wnukami. Ich imiona to Anna, Marta oraz Łukasz.

Jej Mama w przyszłym roku obchodzić będzie setne urodziny. I już na tę myśl rodzina się raduje i wybiega w przód myślami, bo jakże to, na takich zacnych urodzinach nie być w tym czasie w Gdańsku u seniorki rodu.

Miwa

 

Jeden komentarz na temat: Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 11)

  1. sts napisał(a):

    no i bardzo ładnie – miwa dawaj więcej – robi się z tego ciekawa dokumentacja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *