Droga Brzozdowian na Ziemię Kamieńską (część 10) – Helena Grzesiak

To nowy cykl, w którym przedstawiamy sylwetki ludzi, pochodzących z Brzozdowiec (ukr. Bierezdiwici) (wówczas siedziba gminy), przedwojennej niewielkiej miejscowości, dziś leżącej na terenie Ukrainy.

Brzozdowianie w dużej części trafili tuż po II wojnie światowej na Ziemię Kamieńską, a niejako kolebką na tych ziemiach jest niewielkie Trzebieszewo, w gminie Kamień Pomorski, jak i Golczewo i jego okolice.

W tym cyklu, przedstawiamy losy kolejnych brzozdowian, którzy tutaj osiedli, potem zakładali rodziny, i żyją w naszym regionie już od dziesiątków lat.

Brzozdowce – niewielkie miasteczko gminne, liczące przed wojną około 2 tysiące osób, zamieszkałe w większości przez Polaków (837 osób), Ukraińców (podobna liczba), a także Żydów (zostali spacyfikowani przez hitlerowców w jedną noc po 1941 r.) i niewielu Niemców. Wówczas był tu kościół, bożnica oraz cerkiew.

Stąd też pochodzi Cudowny Obraz Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej, który został przywieziony po długiej i uciążliwej podróży wraz z dużą grupą brzozdowian tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1945 (od niedawna kopia tego obrazu ufundowana przez oczywiście brzozdowiaków z Ziemi Kamieńskiej, znajduje się w kościele w Brzozdowcach).

Od lutego 1946 roku Obraz znajduje się w kamieńskiej Katedrze, gdzie od ponad pięciu lat (14 września 2010 r.) znajduje się Sanktuarium Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej.

Helena Grzesiak

Pani Helena Grzesiak urodziła się w Brzozdowcach 10 maja 1932 roku, w wielodzietnej rodzinie państwa Władysława (ur. 1898) i Katarzyny (ur. 1899) (z domu Wróblicka) Szymańskich. Rodzice znali się od dziecka, bowiem ich rodziny sąsiadowały ze sobą w tej małej i pięknej miejscowości.

Byli oboje bardzo lubiani, szanowani, i co ciekawe, oboje mieli razem około… 30 chrześniaków! Tak Polaków, jak i Ukraińców.

Pani Helena miała aż dwanaścioro rodzeństwa. Wszyscy już niestety nie żyją. A byli to w kolejności: Stanisław (ur. 1921), Michał (ur. 1923), Roman (ur. 1930), i dalej: Józef, Kazimierz, Franciszek, Romuald. Pani Helena była kolejna, a po niej jeszcze byli Jan, Anna, Czesław, Wacław oraz Marysia, która urodziła się już martwa.

Jej ojciec miał dwóch braci i siostrę, a mama dwie siostry oraz trzech braci.

Mama pani Heleny zajmowała się domem, byłe też kucharką. Ojciec to istny „złota rączka”. Pracował w rzeźni w Hodorowie, gdzie kontraktował i skupował trzodę chlewną, a zakład przerabiał tę masę na bekony i konserwy, które trafiały w eksporcie do Anglii.

Kiedy nastała wojna, zakład został zamknięty, a pan Władysław, by zapewnić byt swojej dużej rodzinie musiał znaleźć inne zajęcie. Skupował cielaki i świnie, przerabiał je własnoręcznie i wyrabiał, a potem sprzedawał, częstokroć za inne towary potrzebne do życia.

Rodzinie do czasów wojny żyło się całkiem znośnie. Oprócz małego gospodarstwa rolnego, mieli pasiekę i był słodki i zdrowotny miód.

Kiedy pani Helena miała sześć lat, rodzina Szymańskich wprowadziła się do nowo wybudowanego domu, przy którym mieli swoje małe pole, a w oborze były dwie krowy, które dawały pożywne mleko licznej dziatwie.

Kiedy nastała wojna, jej bracia: Stanisław i Michał, przymusowo pracowali u Niemców we Lwowie.

Jeszcze we wrześniu 1939 roku pani Helena poszła do szkoły. Podczas wojny były w Brzozdowcach dwie szkoły, polska oraz ukraińska.

Pamięta, że kryzys w tym prowincjonalnym miasteczku i okolicy rozpoczął się w 1942 roku. Zimą nastał głód, a na wiosnę Dniestr szeroko wylał swe wody. Powódź objęła wielki obszar.

Najtrudniej było małej nacji Brzozdowiec, Żydom, których najdotkliwiej dopadł ten straszny kryzys. Licznie trafiali do gett, między innymi do Chodorowa. W miasteczku było ich coraz to mniej.

Pamięta, że na gwałt uczyli się polskich modlitw, bowiem kiedy któregoś Żyda spotkali Niemcy, ci od razu modlili się po polsku, by nie zdradzić swej narodowości. I tak im się upiekało, bo wiedzieli że najeźdźcy byli na nich bardzo cięci. Zresztą wszędzie tam, gdzie Niemcy podbili kolejne narody w Europie.

I wtedy też dotychczasowe dobre współżycie wszystkich trzech nacji występujących w miasteczku, a więc Polaków, Ukraińców i Żydów, zaczęło się stopniowo, ale i coraz wyraziściej, psuć.

Co ciekawe. Żenili się Polacy z Ukraińcami, Ukraińcy z Polkami, ale nie było przypadku, by ktokolwiek się żenił z Żydem czy wychodził za mąż za Żyda.

Dzieci polskie i ukraińskie bawiły się w najlepsze. Pani Helena pamięta swoją przyjaciółkę także ze szkoły, Leontynę Karas. „To znakomita przyjaciółka, z którą miałam też kontakt po wojnie. Często do siebie pisywałyśmy. Leontyna, prawdziwa wierszokletka, pisywała mi w licznych listach różne wiersze, które mam do dziś, i w dużej części były, a raczej są, związane z rzeczywistością, inne zaś pachną nostalgią. Są naprawdę piękne i życiowe.” – mówi pani Helena.

Kiedy przychodziły święta, a rodziny były mieszane, urządzano dla przykładu Wigilie polskie, a potem po dwóch tygodniach, Ukraińskie, bo wiadomo, że Ukraińcy to grekokatolicy. Dobre to były czasy dla wszystkich mieszkańców małych Brzozdowiec. Niezapomniane.

Ukraińcy zwodzeni przez Hitlerowców zapewnieniami o Wolnej Ukrainie, święcie zaczęli w te zapewnienia wierzyć, i dlatego nie życzyli sobie nikogo innego na „ich” terenach poza nimi samymi. Polacy stawali się dla nich zwykłymi intruzami.

Strach przed nieobliczalnością Ukraińców stawała się w pewnym momencie histerią. Polacy, by chronić swe rodziny przez ich buńczucznością i natarczywością, na noc chronili swe kobiety, dzieci i starców do miejscowego kościoła, wystawiając warty złożone z mężczyzna uzbrojonych we wszystko co było pod ręką.

Ojciec pani Heleny, jak się dużo później dowiedziała, współpracował z ruchem podziemia. Był jednym z dowódców w Armii Krajowej. I za to między innymi, tuz po wojnie trafi do więzienia i na wywózkę na niegościnną Syberię. Ale o tym nieco później.

Wcześniej, tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej, został zmobilizowany do wojska. Trafił do Żandarmerii. Po klęsce wrześniowej, kryjąc się po lasach, idąc zwykle nocą, wrócił do domu. Pani Helena pamięta, że wrócił wystraszony którejś nocy. Mówił, że wszędzie mówiono, że schwytanych polskich żołnierzy Niemcy zabijali.

W czasie żniw roku 1944, przyszło wyzwolenie od wschodu. Polacy często zaczęli spotykać napisy w stylu: „Haj żywe, radziecka Ukraina”, co było jednoznaczne dla naszych rodaków. Powoli Polacy zaczęli rozumieć, że ich obecność tu właśnie staje się niebezpieczna, że dla Ukraińców byliśmy niemile widziani.

Polacy czytali odezwę ukraińską, z której wynikało jasno, że Polaków tutaj nie chcą. Bo Ukraina jest tylko i wyłącznie dla Ukraińców.

Około końca sierpnia jasnym stało się, że Polacy muszą opuścić Ziemię Brzozdowiecką, że muszą udać się w nieznane i niewiadome, na Ziemie Odzyskane, gdzieś na północno – zachodnim skraju nowej Polski.

Pierwsze transporty z Polakami udającymi się na Zachód tworzono we wrześniu. Wówczas utworzono największy transport, który dotarł drogą kolejową wraz z proboszczem kościoła w Brzozdowcach, Michałem Kasprukiem.

Wcześniej, bo w maju 1945 roku, tuż po zakończeniu wojny, pod dom państwa Szymańskich zajechał samochód z enkawudzistami. Oskarżyli ojca pani Heleny, że ma sprzęt radiolokacyjny. Ten oczywiście zaprzeczył. Mieszkająca z nimi pewna młoda żydówka okazała się być agnatką radziecką. I to ona wydała pana Władysława.

Zabrali go do Lwowa, gdzie siedział w areszcie do czasu osądzenia go. Dostał 25. lat Sybiru.

Wylądował w dalekowschodnim Irkucku. Wrócił bardzo schorowany w 1956 roku do rodziny, która mieszkała już pod Kamieniem Pomorskim. Zmarł w skutek licznych obrażeń, schorowania i słabości w następnym roku.

Wracając do exodusu Szymańskich. W tym czasie do ich domu dokoptowano pewną rodzinę ukraińską. A było to na przełomie sierpnia i września.

Pewnego dnia mama pani Heleny udała się na handel do niedalekiego położonego Rozdołu. Kiedy dotarła na rogatki zobaczyła, że płoną domy polskich rodzin. Wokół leżały zwłoki. Pewna dziewczynka, jeszcze dogorywająca, nabita była na pal.

Pani Katarzyna przestraszona tym co zobaczyła i zastała, zawróciła czym prędzej, nie opowiadając jeszcze wtedy w domu nikomu o tym co tak strasznego ujrzała.

Pamięta, że około 15 września zaczęli się pakować i pojechali z wieloma polskimi rodzinami do niedaleko położonego Chodorowa, gdzie była stacja kolejowa. Tu koczowali aż do grudnia tego samego roku, mieszkając w skleconych z jakichś desek pokrytych czymś się dało, wiatach. Pewnego razu spadł obfity deszcz i wszystko przemokło. Odzież, pościel, dosłownie wszystko. Ciężko im się żyło i bardzo niewygodnie.

Wreszcie na początku grudnia przyszedł czas na rodzinę Szymańskich, by wsiąść do pociągu. Wagony były bydlęce. Ten w którym jechali mieścił jeszcze cztery rodziny z dobytkiem takim jakim udało się wziąć z sobą z opuszczonych domów.

Po długiej podróży przyjechali doi Golczewa na Ziemi Kamieńskiej. Tu pociąg kończył bieg, bo torów dalej nie było.

Jakoś dostali się do Kamienia Pomorskiego. Zgłosili się do Powiatowego Urzędu Repatriacyjnego (PUR), który jak pamięta pani Helena, mieścił się gdzieś na Starym Mieście. Mieszkali w przydzielonym mieszkaniu do początku 1946 roku. Było niewielkie i za ciasne dla licznej rodziny.

Jej bracia, Wacław i Roman, zaczęli szukać nowego lokum. Znaleźli gospodarstwo w niewielkim Chrząstowie pod Kamieniem Pomorskim. Tu się przeprowadzili.

Powoli kolejne dzieci pani Katarzyny „wyfruwały” z rodzinnego gniazdka, bowiem dorastały, kończyły szkoły i zakładały swoje nowe rodziny.

Na koniec pozostała mama pani Heleny razem z bratem Wacławem, oboje prowadzili gospodarstwo rolne. W 1956 roku wrócił z zsyłki pan Władysław. Schorowany, z bliznami po torturach na ciele. Zmarł w następnym roku. Pani Katarzyna zmarła w roku 1992 roku.

Nasza bohaterka tej części cyklu wyszła za mąż za pana Henryka Grzesiaka pochodzącego z poznańskiego. Był leśniczym w Pobierowie.

Doczekali dwie córki: Julię urodzoną w 1953 roku oraz Jolantę, która przyszła na świat w roku 1956.

Pani Helena chwali się tym, że podobnie jak w rodzinnym domu w Brzozdowcach i  również po przyjeździe na Ziemie Odzyskane, rodzina była i jest zawsze tradycyjna, podtrzymująca najważniejsze wartości, które pielęgnują i temu towarzyszą. „Dla nas wszystkich najważniejszym aspektem było i jest to, że zachowujemy tradycyjny dom. To nas zbliża i dzięki temu jest nam lepiej nawet w trudniejszych chwilach.” – przyznaje pani Helena.

Wraz z mężem doczekali czwórki wnucząt, a są to: Bartłomiej, Marcin, Katarzyna oraz Alicja.

Sędziwi dziadkowie, którzy nie są już niestety w najlepszej kondycji zdrowotnej, mają też trójkę prawnucząt, a czwarte jest w drodze. Ich imiona to: Bruno, Kosma oraz Dominik.

Warto dodać też, że pani Helena ukończyła podstawową edukację w pobliskim Kamieniu Pomorskim. Potem ukończyła dwuletnie Studium Bibliotekarskie w Szczecinie. Podjęła pracę w 1966 roku w świerznowskiej bibliotece, w której była też przez wiele lat kierowniczką. Tam też pracowała do zasłużonej emerytury na którą przeszła w roku 1992.

Miwa

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *